Frank szwajcarski podzieli polski sektor bankowy? O tym zadecyduje Sejm

Wrzesień 7 2015 01:59PM

Polski sektor bankowy stoi wobec dużego wyzwania. Jeśli senatorowie nie odrzucą przyjętego przez Sejm nowego projektu ustawy o przewalutowaniu kredytów we franku szwajcarskim, możemy spodziewać się nawet ograniczenia dynamiki wzrostu PKB.

home-167734_1280

Komu opłaciła się spekulacja na franku szwajcarskim?

Przypomnijmy, że gwałtowny wzrost popularności kredytów walutowych w Polsce przypada na połowę 2000 r., kiedy banki coraz chętniej udzielały pożyczek hipotecznych w euro i dolarze, a z czasem także we franku szwajcarskim.

W 1999 r. frank wytracił dynamikę wzrostu i wyraźnie osłabł wobec złotówki – wtedy za 1 CHF trzeba było zapłacić 2,62 zł. Rok później było to już 2,39 zł, a w 2001 r. 2,41 zł [1]. W międzyczasie RPP sukcesywnie podwyższała stopy procentowe. Topniejące zainteresowanie kredytami hipotecznymi (i nie tylko) w złotówce było jednym z bodźców, dla których sektor bankowy wyszedł z pomysłem wzmocnienia aktywności kredytowej na franku.

Do chwili wydania Rekomendacji S przez Komisję Nadzoru Finansowego (1.07.2014 r.). we franku zadłużyło się blisko * 600,000 Polaków – w pozostałych walutach prawdopodobnie kolejne 100,000.

* BIK podaje, że w ostatnim kw. 2014 r. liczba osób, które zdecydowały się na kredyt we franku sięgnęła 566,000.

Frankowicze stanęli w obliczu pierwszego większego kryzysu w latach 2001-2003, kiedy to kurs franka wzrósł o blisko 25% z 2,41 zł w 2001 r. do 3,01 zł dwa lata później. Skala problemu nie była jednak imponująca, bo pierwsze kredyty walutowe zaciągane przed 2003 i 2004 r. były zarezerwowane wyłącznie dla najbardziej wiarygodnych klientów o ugruntowanej kondycji finansowej.

Prawdziwy boom na kredyty we franku przypada na przełom 2003-2004 r., kiedy złotówka zaczęła umacniać się wobec CHF, a koszty hipotek topniały z każdym kolejnym kwartałem. Szwajcarska waluta urosła do miana przystani kredytowej dla Polaków i to nie tylko tych, którzy starali się o finansowanie swojego pierwszego domu lub mieszkania. Nie bez przyczyny, bo współczynnikiem bazowym dla obliczenia oprocentowania kredytu we franku nie jest WIBOR (w styczniu 2003 r. WIBOR 3M wynosił 6,87%) a LIBOR (w tym samym czasie utrzymywał się na poziomie zaledwie 0,60%).

Różnica ponad 6 pkt. procentowych działała na wyobraźnię wielu Polaków, ale i sam sektor bankowy wydaje się, że nie był przeciwny tym daleko idącym spekulacjom. Bankierzy przedstawiali kalkulacje klientom i wskazywali na realne oszczędności. Część kredytobiorców uwierzyła, że mocna złotówka i stabilna sytuacja makroekonomiczna Szwajcarii nie doprowadzi do załamania kursu na parze CHF – PLN w kolejnych latach. Mylili się.

2008 r. skutecznie ostudził dobre nastroje frankowiczów

Mimo że już pod koniec 2005 r. pojawiały się pierwsze wyraźne ostrzeżenia ze strony polskich instytucji finansowych (m.in. UOKiK, Narodowy Bank Polski, KNF), że gra na obcej walucie to realne ryzyko dla kredytobiorców, wielu Polaków nie przywiązywało do nich specjalnej uwagi. Co więcej, w tym samym czasie po kredyty w CHF zaczęli sięgać nie tylko najzamożniejsi, ale i osoby, które miały na tyle słabą zdolność kredytową, że dopiero po wyborze franka szwajcarskiego jako waluty rozliczeniowej mogli pozwolić sobie na zobowiązanie o wartości kilkuset tys. złotych.

Należy jednak przyjąć, że głównymi beneficjentami CHF wcale nie byli kredytobiorcy z marginesu, a osoby, których nie było stać na obsługę zadłużenia o znacznej wartości. Sama Komisja Nadzoru Finansowego podaje, że tylko na przełomie lat 2006-2007 ponad 6,000 kredytów hipotecznych we franku miało wartość 600,000 złotych i wyższą, a w tym okresie na tak duży kredyt w złotówce mogło liczyć niewielu klientów.

W 2007 r. jeszcze nic nie wskazywało na nadchodzący kryzys. Dopiero w IV kw. 2008 r. trend wyraźnie odwrócił się i już po kolejnych 4-5 miesiącach z 1,96 zł za 1 CHF kurs wzrósł do 3,32 zł – co prawda nie na długo, jednak od tej chwili średnia kursu nie wróciła już do tej, którą mogliśmy obserwować w na początku pierwszego dziesięciolecia. Co istotne – mimo że pierwsze wzrosty w latach 2000 – 2003 odcisnęły się na portfelach tylko niewielkiej grupy zadłużonych, o tyle wzrost zainteresowania kredytami hipotecznymi w kolejnych latach oznaczał, że mamy do czynienia już z zupełnie inną skalą.

Z czasem światowa recesja spowodowała wyraźne osłabienie złotego wobec franka szwajcarskiego; średni kurs rósł w zasadzie nieprzerwanie od 05.07.2008 r. i dziś utrzymuje się na poziomie blisko 4,00 złotych (na dzień publikacji tego artykułu 3,90 zł za 1 CHF).

Pod naciskiem społecznym przyjęto ustawę antyspreadową

Gwałtowne odwrócenie spadkowego trendu franka szwajcarskiego miało swoje konsekwencje w portfelach kredytobiorców. Pod nieustającym naciskiem społecznym polski rząd uchwalił tzw. ustawę antyspreadową, która zmieniła obowiązujące prawo bankowe (zmiany wprowadzone w IV kw. 2011 r. miały być odpowiedzią na rosnące koszty frankowiczów, ale ostatecznie nie rozwiązały problemu u podstaw).

Głównym problemem frankowiczów nie jest jednak sam ** spread bankowy (choć nie da się jednak ukryć, że oszczędności na wymianie walut we własnym zakresie przy odpowiedniej skali mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tys. złotych w skali 20-30 lat spłaty), a rekordowo wysoki kurs samej waluty.

Na to wskazywał już wtedy m.in. wiceprezes Związku Banków Polskich, Mieczysław Groszek.

** Kredytobiorcy ocenili, że spread sam w sobie stał się kolejnym źródłem zysków i nie pokrywał wyłącznie kosztu przewalutowania franka szwajcarskiego. Na kanwie tego przepisu podnosili, że umowy zawarte z bankami są nieważna (w tej części), bo działają na niekorzyść kredytobiorcy.

Nowy projekt pomocy przyjęty przez Sejm budzi wiele kontrowersji

Odpowiedzią na rosnące koszty obsługi kredytów hipotecznych we franku szwajcarskim stał się projekt ustawy złożony przez Sojusz Lewicy Demokratycznej. Zgodnie z jej treścią, całe ryzyko spekulacji na obcej walucie miałyby przejąć na siebie banki; najwięcej hipotek w CHF w swoich portfelach mają m.in.: mBank, Bank Millenium, Getin Noble Bank, PKO BP, BZ WBK.

Ekonomiści podnoszą, że nowa ustawa jest niezasadna, bo przeciwieństwie do innych przykładów, m.in. z Węgrzech, polscy kredytobiorcy dobrze znieśli rosnący kurs CHF. BIK podaje, że tylko 1,34% frankowiczów nie spłaca swojego zadłużenia w terminie (kredyty przeterminowane powyżej 90 dni).

W praktyce, gdyby kredyty we franku szwajcarskim zostały przewalutowane na złotówkę, 90% kosztów tej operacji poniosłyby banki. Podczas obrad 05.08.2015 r. Sejm zaakceptował projekt złożony przez SLD i stał się jednocześnie kością niezgody między parlamentarzystami a polskim sektorem bankowym. Z prostego powodu – pierwszy projekt złożony przez PO zakładał, że koszty będą proporcjonalne dla każdej ze stron, równo po 50%.

Z szacunków KNF wynika, że gdyby ustawa została przyjęta, całkowity koszt przewalutowania kredytów we franku szwajcarskim sięgnąłby blisko 22 miliardów złotych, a to znacznie więcej niż szacowano do nie dawana. Jeszcze większych strat spodziewa się prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszkiewicz, jednak im bliżej posiedzenia Senatu, tym niższe prawdopodobieństwo, że ustawa zostanie ostatecznie przyjęta. O realnych zagrożeniach nie tylko w kontekście samego sektora bankowego w Polsce, ale i gospodarki wspominali wcześniej m.in. premier Ewa Kopacz, minister Szczurek i prezydent Andrzej Duda.

Aniela Agopsowicz ekspert rynków finansowych w firmie ekantor.pl

Serwis ekantor.pl to internetowy kantor wymiany walut, który oferuje najniższe kursy walut na rynku. Serwis powstał z myślą o przedsiębiorcach jak i osobach indywidualnych aby mogły one w sposób szybki i bezpieczny dokonywać transakcji wymiany walut. Ekantor.pl proponuje bardzo niskie spready przez co jest bardziej atrakcyjny niż banki czy kantory stacjonarne.

Skomentuj Post

Komentarze (3)

 

  1. Kazam

    Jedna wielka sciema.i tak nikr kasy nie dostanie i tak jedynaa pomoc wnsytuacji gigantucznej raty kredytu to kantory internetowe na rzad nie ma co licyc trzeba kupowac franki w ekantor.pl i cieszyc sie ze chociaz oni daja nam oszczedzic

  2. robert

    cała prawda jest taka że i ludzi ryzykowali strasznie i banki jak „poczuły krew” to oferowały kredyty ludziom którzy ledwie wiązali koniec z końcem (kretyni myśleli że wartość nieruchomości będzie rosła bez końca i zawsze da się ja sprzedać jak kredytobiorca nie będzie spłacał kredytu).
    Dzisiaj wszyscy płaczą a społeczeństwo ma za to płacić!

  3. michał

    ciekawe jak to będzie gdy pomogą/pomożemy frankowiczom a tym co mają kredyt w złotówkach i płacą dużo wyższe raty od początku nic nie damy? druga sprawa to już wszystkim mamy pomagać?

Dodaj własny komentarz

  • Najnowsze

    Zobacz najnowsze i najważniejsze artykuły:

  • W ciągu 2–3 lat kryzysu w finansach Polski nie będzie

    Gospodarka udźwignie program „Rodzina 500 Plus”, gorzej będzie z kosztami realizacji pozostałych zapowiedzi rządu – ocenia prof. Stanisław Gomułka. Szczególnie kosztowne mogą się okazać obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku oraz pomoc dla kredytobiorców walutowych. Kombinacja tych działań zwiększa ryzyko kryzysu finansowego w perspektywie 3–5 lat – mówi ekonomista. – Kryzys na pewno nie dotknie nas w ciągu najbliższych 2–3 lat – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Ryzyko zaistnienia kryzysu pojawiłoby się, gdyby rząd PiS-u zdecydował się na pełną realizację swoich obietnic wyborczych. Jedną z nich jest ponowne obniżenie wieku emerytalnego – do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Zadłużeni we franku szwajcarskim i innych walutach zyskali z kolei zapewnienie, że mogą liczyć na wsparcie. Prace nad prezydenckim projektem przepisów w tej sprawie dobiegają końca. Prof. Gomułka obawia się, że skutki tej pomocy będą dotkliwe dla sektora bankowego. Jak podkreśla, gospodarka udźwignie program „Rodzina 500 plus”. W ciągu trzech miesięcy działania programu na świadczenia dla dzieci trafiło ok. 5 mld zł. Do końca roku ma to być 17 mld zł. W tegorocznym budżecie w pokryciu wydatków pomogą dodatkowe wpływy, m.in. z aukcji częstotliwości LTE. – Przewidywany deficyt budżetowy na przyszły rok w wysokości 2,9 proc. jest zbyt wysoki jak na obecną sytuację. Wzrost gospodarczy mamy dość dobry. Powinniśmy więc w pierwszej kolejności doprowadzić do braku deficytu, tak aby nie było go w ogóle. Innymi słowy, w przyszłym roku będziemy mieć deficyt o jakieś 3 pkt proc. wyższy, niż być powinien – prognozuje prof. Stanisław Gomułka. W przyjętym pod koniec kwietnia br. przez Radę Ministrów tzw. Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2016–2019 Ministerstwo Finansów zapisało, że przyszłoroczny wzrost PKB wyniesie 3,9 proc. Deficyt finansów publicznych ukształtuje się na poziomie ok. 2,9 proc. W kolejnych latach – według resortu – tempo wzrostu gospodarczego przyspieszy, by w 2018 roku wynieść 4 proc., a rok później – 4,1 proc. Zdaniem prof. Stanisław Gomułki relacja długu publicznego do PKB w przyszłym roku prawdopodobnie będzie na stabilnym poziomie i wyniesie nieco powyżej 50 proc. (według Planu w 2017 będzie to 52,5 proc.). – To nie jest poziom uznawany przez inwestorów zagranicznych za niebezpieczny – uspokaja prof. Stanisław Gomułka. – W związku z tym sprawy na razie są pod kontrolą.

  • Sukcesja firm na nowych zasadach. Trwają konsultacje propozycji przepisów Ministerstwa Rozwoju

    Jednoosobowa działalność gospodarcza dziś zwykle umiera wraz ze śmiercią właściciela. Resort rozwoju chce to zmienić i proponuje nowe zasady sukcesji. W niezakłóconym działaniu firmy ma pomóc prokurent spadkowy, który zyska m.in. czasową możliwość posługiwania się numerami NIP czy REGON zmarłego przedsiębiorcy. Plan jest ambitny – oceniają eksperci. Nowe regulacje są jednak konieczne ze względu na rosnącą skalę problemu. Według Ministerstwa Rozwoju grupa przedsiębiorców, którzy rozpoczęli działalność na progu transformacji ustrojowo-gospodarczej na początku lat 90. wchodzi w wiek, w którym wzrasta statystyczne ryzyko śmierci lub poważnych chorób. – W Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej zarejestrowanych jest ponad 2 mln przedsiębiorców, z czego 80 tys. skończyło już 65 rok życia. Według ostrożnych szacunków liczba przedsiębiorstw rodzinnych to około 1–1,2 mln podmiotów, które generują 40 proc. PKB i zatrudniają 50 proc. pracowników występujących na rynku. Te dane statystyczne świadczą o tym, że problem sukcesji będzie się pogłębiał z każdym rokiem i że jest to temat ważki i ważny, którym należy się bezsprzecznie zająć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Stolarek, lider praktyki przedsiębiorczości rodzinnej i sukcesji z Kancelarii Ożóg Tomczykowski, Forma prowadzenia biznesu w oparciu o wpis do CEIDG jest nierozerwalnie związana z osobą przedsiębiorcy. Prawo nie przewiduje żadnych rozwiązań, które pomagałyby w kontynuowaniu przez spadkobierców tej działalności. – Jednocześnie przedsiębiorstwo nie jest wyodrębnione prawnie w majątku osoby wpisanej do CEIDG. Po śmierci przedsiębiorcy nie ma w związku z tym możliwości płynnej kontynuacji jego biznesu przez spadkobierców – zauważa resort w swoim opracowaniu na ten temat. Odziedziczyć można tylko majątek zmarłego, bez możliwości korzystania z takich elementów działania firmy jak nazwa, Numer Identyfikacji Podatkowej (NIP) czy wydanych decyzji administracyjnych, np. koncesji czy różnego rodzaju zezwoleń. Śmierć osoby prowadzącej biznes w oparciu o wpis do CEIDG oznacza również wygaszenie umów o pracę załogi czy wygaśnięcie kontraktów handlowych. – Dodatkowo w momencie śmierci właściciela firmy kredyty stawiane są w stan natychmiastowej wymagalności. Bardzo poważnym ograniczeniem i barierą jest to, że w przypadku śmierci przedsiębiorcy, który korzystał do tej pory z pomocy publicznej, istnieje obowiązek zwrotu takiej pomocy publicznej i to razem z odsetkami za zwłokę – mówi Joanna Stolarek. Wszystkie te okoliczności powodują, że w zasadzie nie ma możliwości dalszego kontynuowania prowadzenia takiej działalności przez spadkobierców. To często prowadzi do upadku rodzinnego biznesu. Mają to zmienić propozycje resortu rozwoju. Jak wynika z  informacji resortu rozwoju, plany nowych regulacji w tym zakresie zakładają umożliwienie przedsiębiorcom wpisanym do CEIDG ustanowienia za życia przedstawiciela (prokurenta mortis causa), który mógłby prowadzić przedsiębiorstwo także po jego śmierci, a także wprowadzenie możliwości powierzenia przez spadkobierców jednej osobie prowadzenia spraw aż do czasu zakończenia formalności spadkowych. W ocenie ministerstwa należy czasowo umożliwić posługiwanie się w obrocie i kontaktach z urzędami numerami NIP oraz REGON zmarłego przedsiębiorcy. Z punktu widzenia prowadzenia biznesu ważne jest także utrzymanie w mocy kontraktów cywilnoprawnych i umów o pracę oraz umożliwienie kontynuowania praw i obowiązków związanych z podatkami oraz korzystania z takich decyzji administracyjnych jak koncesje i zezwolenia związane z działalnością firmy. – Plan ministra Morawieckiego jest bardzo ambitny i będzie wymagał wiele pracy. Konieczna jest zmiana około 20 aktów prawnych, żeby te regulacje wprowadzić – podkreśla Stolarek. – Biorąc pod uwagę bardzo szerokie uprawnienia takiego prokurenta mortis causa, który będzie podejmował newralgiczne dla prowadzonej działalności gospodarczej decyzje, pewnie będzie istniała konieczność wprowadzenia ograniczeń, być może jakiejś sprawozdawczości względem spadkobierców. Sprawy spadkowe są trudne, często między spadkobiercami nie ma zgody co do tego, w jakim zakresie i w jaki sposób taką działalność prowadzić. Obecnie projekt jest na etapie konsultacji międzyresortowych. Same rozwiązania mają zostać wprowadzone od 1 stycznia 2018 roku. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez PARP na zlecenie resortu rozwoju, aż 94 proc. ankietowanych dostrzega problem braku odpowiednich regulacji w zakresie sukcesji firm rodzinnych. Ocenia się, że skala problemu dotyczy obecnie 100 przypadków miesięcznie. Według prognoz w najbliższych latach liczba ta będzie rosnąć.

  • Reforma administracji podatkowej ma zwiększyć ściągalność podatków

    Przychody z podatków VAT i CIT są coraz niższe. W ubiegłym roku luka podatku od towarów i usług była szacowana na 53 mld zł, o 12 mld więcej niż rok wcześniej. Dzięki zmianom w organizacji podatkowej i częstszym kontrolom ściągalność podatków ma ulec poprawie. Przygotowany Krajowy Plan Działań Administracji Podatkowej na 2016 rok zidentyfikował newralgiczne branże, na których organy podatkowe powinny skupić uwagę. – W Krajowym Planie Działania Administracji Podatkowej co roku określa się najbardziej newralgiczne punkty dla Skarbu Państwa, gdzie występują największe nadużycia i gdzie organy powinny zintensyfikować swoje działania, podjąć jak najwięcej kontroli i innych czynności, które wykryją te nieprawidłowości i tym samym przyniosą dochód dla budżetu – mówi agencji Newseria Biznes Monika Wolska-Bryńska, radca prawny z Kancelarii Prawno-Podatkowej Mariański Group Branże, którym fiskus będzie się bacznie przyglądać, przydzielono ze względu na nową właściwości urzędów – tzw. pozostałym urzędom skarbowym. Najwyższe wartości ryzyka, przy jednocześnie najwyższych kwotach wyniku finansowego ujawnionych w kontrolach podatkowych stwierdzono m.in. w usługach finansowych i ubezpieczeniowych, usługach budowlanych, handlu elektroniką, motoryzacji, transporcie i branży paliwowej. W tym roku pod lupę fiskusa trafiła też opieka zdrowotna, w tym praktyka lekarska i pozostałe usługi medyczne. – Spektrum branż jest bardzo szerokie, znalazł się tam też marketing i PR. Branża medyczna dotychczas nigdy nie była na celowniku fiskusa. Jesteśmy ciekawi, jak będą wyglądały kontrole w tej branży – zaznacza Monika Wolska-Bryńska. Raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego jasno wskazuje, że przychody z podatku VAT i CIT są w Polsce coraz niższe. Łączna wydajność jeszcze w 2008 roku osiągnęła 16 punktów PKB, w 2014 już ok. 13,5. Różnica między oczekiwaną a faktycznie osiągniętą wartością dochodów z podatku VAT w większości krajów Unii Europejskiej spada. Rośnie m.in. w Polsce, Litwie, Rumunii, Grecji czy na Słowacji. W tym roku zmieniła się również struktura i działanie administracji podatkowej. – Powstać ma specjalistyczny urząd, który będzie się zajmował podatnikami z przychodami powyżej 50 mln euro. Hierarchicznie niższe urzędy będą zajmowały się podatnikami o przychodzie na poziomie 3 mln euro, a tradycyjne urzędy skarbowe zajmą się pozostałymi podatnikami i branżami wymienionymi w planie – tłumaczy radca prawny. Pierwszy Mazowiecki Urząd Skarbowy w Warszawie przekwalifikowany na tzw. strategiczny urząd skarbowy będzie obsługiwał m.in. podatkowe grupy kapitałowe, banki (oprócz spółdzielczych), zakłady ubezpieczeń, firmy z rynku finansowego czy towarzystwa emerytalne. Pozostałe wyspecjalizowane urzędy skarbowe zajmą się bankami spółdzielczymi, oddziałami lub przedstawicielstwami przedsiębiorstw zagranicznych. – Cel jest taki, żeby w strategicznym urzędzie skarbowym zgromadzić najbardziej wyspecjalizowanych urzędników. Ma się on docelowo zająć najbogatszymi podatnikami. Mniej wyspecjalizowane urzędy również mają się skupić na dość bogatych podatnikach, a dodatkowo ich zadaniem będzie również zgromadzenie specjalistów z danych dziedzin – zaznacza Monika Wolska-Bryńska. Zmiany były konieczne, zwłaszcza że jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2015 roku, polska administracja podatkowa jest niewydajna, nieskutecznie walczyła też z transferem dochodów firm poza granice Polski. Szacuje się, że w 2014 roku budżet stracił z tego tytułu 10 mld euro. Podział administracji podatkowej ma też ułatwić podział specjalizacji urzędników. – Tym samym nie będzie dochodziło do sytuacji, w której jednego dnia urzędnik kontroluje firmę produkującą tkaniny, a drugiego dnia idzie na kontrolę do banku. To zmniejszało efektywność kontroli. Podział na specjalizacje ma też ukierunkować specjalizacje dla urzędników. Mają wejść w konkretne branże i w tym się specjalizować – tłumaczy Monika Wolska-Bryńska.

  • Resort zdrowia wkrótce pokaże projekt zmian w systemie opieki zdrowotnej

    Minister zdrowia zapowiada, że niedługo zaprezentuje szczegóły planowanych zmian w służbie zdrowia. Dzięki nim system ubezpieczeń zdrowotnych ma stać się powszechny nie tylko z nazwy. Dziś blisko 2,5 mln Polaków nie ma uprawnień do korzystania z publicznej służby zdrowia. Duże zmiany nastąpią również w systemie finansowania opieki zdrowotnej. – Już niedługo pokażemy projekt zmiany systemu opartego na powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, które powszechne jest tylko z nazwy. Obecnie jest spora grupa, prawie 2,5 mln obywateli polskich, które nie są ubezpieczone, a zatem nie są uprawnione do korzystania z publicznego systemu opieki zdrowotnej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia. W ubiegłym roku do systemu publicznej opieki zdrowotnej zgłosiło się 0,5 mln osób, które – jak się okazało – musiały zapłacić za opiekę. Uprawnienie ubezpieczeniowe sprawia, że dużo osób, przede wszystkim pracujących na podstawie umów o dzieło, nie ma prawa do bezpłatnej opieki. Tymczasem konstytucja gwarantuje każdemu prawo do opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych na równych zasadach. – Dlatego przejdziemy na system rezydencki, oznaczający, że wszyscy, którzy w Polsce potrzebują opieki zdrowotnej, będą mogli ją dostać. To jest istota zmiany, którą szykujemy – zapowiada minister zdrowia. Reforma ma również doprowadzić do likwidacji NFZ. Finanse przeznaczone na ochronę zdrowia będą zbierane w funduszu celowym w budżecie państwa. Zmienić ma się także sposób płacenia za świadczenia zdrowotne. Zgodnie z zapowiedziami reforma przejdzie od płacenia za pojedyncze świadczenia do zamawiania koordynowanej opieki zdrowotnej. – NFZ jest instytucją zarządzającą, narzędziem powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, więc przenosząc środki do budżetu, decydujemy się na zmianę struktury płatnika. Na poziomie centralnym będzie to minister zdrowia, a na poziomie regionalnym urzędy zlokalizowane przy urzędach wojewodów. To właśnie one będą się zajmować kontraktowaniem świadczeń zdrowotnych – tłumaczy Konstanty Radziwiłł. Założenia reformy zostały przedstawione 5 lipca premier Beacie Szydło. Resort przewiduje, że przygotowywana ustawa mogłaby wejść w życie w przyszłym roku lub na przełomie 2017 i 2018 roku. Zapowiadane są także kolejne duże reformy, m.in. dotyczące zdrowia publicznego.

  • Branża ochroniarska rośnie w siłę

    W tym roku rynek branży ochroniarskiej w Polsce wzrośnie o 9 proc., a w 2017 może zyskać nawet 12 proc. – wynika z badania Deloitte. Branża będzie zyskiwać mimo zmian w prawie pracy. Zwiększenie płacy minimalnej będzie dość istotnym obciążeniem dla firm, bo wiąże się z koniecznością renegocjacji umów z klientami, ale ich zdecydowana większość akceptuje nowe poziomy cen usług. Branża obawia się jednak, że wzrost kosztów pociągnie za sobą zwolnienie co piątego pracownika. Wartość branży ochroniarskiej w Polsce to prawie 9 mld zł. 75 proc. tego rynku stanowią usługi ochrony fizycznej. W ostatnich latach rynek ten rozwijał się na poziomie około 3 proc. rocznie. Teraz ten wzrost wyraźnie przyspiesza. Motorem wzrostu rynku jest podniesienie cen związane z wprowadzeniem nowych regulacji w prawie pracy. Od stycznia 2017 roku planowany jest wzrost płacy minimalnej do 2 tys. zł i związany z tym wzrost minimalnej stawki godzinowej do 13 zł, czyli więcej niż pierwotnie proponowana przez PiS stawka 12 zł. – Ozusowanie umów-zleceń weszło w życie 1 stycznia tego roku, ale przez cały 2015 rok Konsalnet negocjował z klientami nowe stawki, które obowiązują w tym roku – podkreśla Jacek Pogonowski, prezes Konsalnet Holding SA. – Zdecydowana większość naszych klientów ustaliła z nami satysfakcjonujące stawki na 2016 rok, niemniej jednak część klientów nie uzgodniła z nami tych stawek i niestety 1 stycznia tego roku musieliśmy się z nimi rozstać. Z 23 tys. osób pracujących w 2015 roku w Konsalnecie ponad 3 tys. straciło u nas miejsca pracy w związku z tym, że rozstaliśmy się z częścią naszych klientów. Podobnie w tym roku Konsalnet, jak i inne firmy w branży negocjują warunki umów, jednak przewidują, że część klientów nie będzie w stanie udźwignąć rosnących kosztów i zrezygnuje z usług, co pomniejszy przychody branży i pociągnie za sobą kolejne cięcia pracownicze. – Wprowadzenie minimalnej stawki za roboczogodzinę w wysokości prawdopodobnie 13 zł spowoduje bardzo duży, 30-proc. wzrost cen na rynku – ostrzega Pogonowski. – Minimalna stawka, jaką widzimy po wprowadzeniu tych regulacji, to między 17 a 18 zł, a dla klientów bardziej wymagających te stawki za roboczogodzinę mogą sięgać nawet 20 zł. Klienci oczekują od nas nie tylko dyskusji na temat nowej rzeczywistości, nowych stawek w 2017, lecz także pomysłów na ograniczenie tego wzrostu i my taką ofertę dla naszych klientów opartą na nowych technologiach. Konsalnet jest jednak liderem branży, który ma przestrzeń do szukania oszczędności oraz inwestycji. W znacznie gorszej sytuacji pozostają podmioty mniejsze, dla których często jedynym wyjściem będzie połączenie z większym graczem. – Uważamy, że wprowadzenie w 2017 stawki minimalnej przyspieszy konsolidację wokół największych firm, liderów branży, tych, którzy mają ofertę dla klienta nie tylko samej roboczogodziny, lecz także i nowych technologii. Niektóre firmy albo zbankrutują, albo będą musiały się sprzedać silniejszym – przewiduje Pogonowski. – My, jako Konsalnet, już się do tego przygotowujemy, nawet rozpatrujemy już niektóre propozycje inwestycyjne.

  • Zapowiadane zmiany w OFE mogą ograniczyć poziom długu publicznego

    Przekazanie funduszy z OFE do III filara i Funduszu Rezerwy Demograficznej – nowa koncepcja Ministerstwa Rozwoju – oznacza likwidację II filara w obecnej formie. Na zmianie mogą zyskać IKE i IKZE, na których jak dotychczas odkładał pieniądze niewielki odsetek Polaków. Nie wiadomo jednak, jak miałby wyglądać transfer środków. Wyższe aktywa w Funduszu Rezerwy Demograficznej pozwolą ograniczyć poziom długu publicznego, może się również poprawić sytuacja sektora finansów publicznych. – Propozycja premiera Mateusza Morawieckiego na temat OFE oznacza, że zniknie II filar. Zgromadzone w nim aktywa zostaną w większości przekazane do podmiotów działających w ramach III filaru do indywidualnych kont emerytalnych, natomiast częściowo zasilą Fundusz Rezerwy Demograficznej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbank. Wedle oceny premiera Morawieckiego OFE się nie sprawdziły, wbrew zapowiedziom nie gwarantują wyższych emerytur, nie wpływają też na rozwój gospodarczy. Nowa koncepcja resortu rozwoju wskazuje, że ok. 35 mld zł, czyli 25 proc. aktywów, otwarte fundusze miałyby przekazać w formie gotówki do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Pozostałe środki mają trafić jako papiery wartościowe do III filara. – To oznacza, że zdecydowanie większą popularnością będą się cieszyły formy oszczędzania w III filarze. Zostaną upowszechnione, co jest dobrą zmianą, ponieważ dotychczas ten filar cieszył się bardzo małym zainteresowaniem – wskazuje Petka-Zagajewska. KNF podaje, że na koniec 2015 roku liczba indywidualnych kont emerytalnych (IKE) wyniosła ponad 858,7 tys. (wobec 824,5 tys. rok wcześniej), a wartość środków zgromadzonych na tych kontach sięgnęła 5,6 mld zł (5 mld zł w 2014 roku). Liczba indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) sięgnęła w tym czasie 597,6 tys. (528 tys. rok wcześniej), a wartość środków zgromadzonych na nich wyniosła blisko 622 mln zł (295,35 mln zł w 2014 roku). – Wciąż jednak nie ma informacji, jak będzie wyglądał transfer tych środków, w jakiej formule się to dokona, co będzie ze składką obecnie przekazywaną do OFE, czy będzie automatycznie trafiała z powrotem do ZUS-u. Znaków zapytania jest całkiem sporo – zaznacza ekonomistka. Obecnie emeryci mogą zdecydować, czy składki emerytalne będą ewidencjonowane na subkoncie w ZUS (4,38 proc.) i w części przekazywane do OFE (2,92 proc.), czy w całości znajdą się na subkoncie w ZUS (7,3 proc.). Niepewność związana z zapowiedziami likwidacji OFE może zdaniem Petki-Zagajewskiej sprawić, że część osób wykorzysta obecne okienko transferowe i już teraz zdecyduje przekazać całą składkę do ZUS, by żadna część środków nie trafiła do systemu rezerwy. – Ta zmiana będzie także wpływała na kondycję finansów publicznych. Wyższe aktywa w Funduszu Rezerwy Demograficznej sprawiają, że poziom długu publicznego ulegnie ograniczeniu. Gdyby składki, które teraz co miesiąc przekazywane są do OFE, automatycznie zasilały ZUS, oznaczałoby to również mniejsze obciążenia dla budżetu z tytułu zasilania FUS. Pojawia się tylko pytanie, czy agencje ratingowe, oceniając politykę fiskalną rządu, będą to traktowały jako dobry kierunek i sposób na poprawianie kondycji sektora finansów publicznych – podkreśla ekonomistka Raiffeisen Polbank. Z zapowiedzi ministerstwa wynika, że wszyscy pracownicy mają być automatycznie zapisywani do Pracowniczych Programów Kapitałowych, będą mogli jednak z nich wystąpić. Jak wskazuje ekspertka, przyszli emeryci nie muszą się liczyć z żadnymi trudnościami, przekazanie środków do III filaru czy uczestnictwo w PPK nie będzie wymagało z ich strony żadnych działań. – To nie powinno budzić żadnych wątpliwości ze strony emerytów. Mogą się jednak zrodzić obawy, w jakim stopniu środki, które teraz np. zasilą Fundusz Rezerwy Emerytalnej będą w rzeczywistości wspierały ich emerytury po osiągnięciu wieku emerytalnego – wskazuje Marta Petka-Zagajewska.

  • Polecane przez The Business Times:
  • Polecane przez The Business Times:
GIEŁDA
 Notowania GPW
WIG47524.9-0.20%08-23
WIG201790.6-0.54%08-23
WIG20 Fut1788.0-0.83%08-23
WIG20USD471.6-0.35%08-23
mWIG403852.0+0.48%08-23
sWIG8014069.4+0.44%08-23

Pomysł Na Biznes

Jeśli chcesz, żeby biznes nie krył przed Tobą tajemnic warto na tym forum wymieniać się poglądami.

Biznes Plan

Biznesplany różnych firm, przykładowy biznes plan, gotowy biznes plan.

Inwestowanie

Giełda Papierów Wartościowych, Forex, Fundusze Inwestycyjne, Złoto i Surowce.
KURSY WALUT
 Notowania Waluty
EUR/PLN4.30756-0.05%8:42
CHF/PLN3.95637-0.06%8:42
USD/PLN3.81525+0.10%8:42
EUR/USD1.12904-0.15%8:42
GBP/USD1.31669-0.27%8:42
USD/JPY100.344+0.15%8:42
Agencja Marketingowa
© Times Press sp. z o.o. 2014 | Version 3.0.01.2014
Registered in Poland Registered office: Piastowska 46 lok.1, Jelcz-Laskowice, 55-220




www.BusinessTimes.pl nie ponosi odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zamieszczonych w serwisie,
ani za szkody poniesione w wyniku decyzji inwestycyjnych podjętych na podstawie treści, które zawiera www.BusinessTimes.pl.