Frank szwajcarski podzieli polski sektor bankowy? O tym zadecyduje Sejm

Wrzesień 7 2015 01:59PM

Polski sektor bankowy stoi wobec dużego wyzwania. Jeśli senatorowie nie odrzucą przyjętego przez Sejm nowego projektu ustawy o przewalutowaniu kredytów we franku szwajcarskim, możemy spodziewać się nawet ograniczenia dynamiki wzrostu PKB.

home-167734_1280

Komu opłaciła się spekulacja na franku szwajcarskim?

Przypomnijmy, że gwałtowny wzrost popularności kredytów walutowych w Polsce przypada na połowę 2000 r., kiedy banki coraz chętniej udzielały pożyczek hipotecznych w euro i dolarze, a z czasem także we franku szwajcarskim.

W 1999 r. frank wytracił dynamikę wzrostu i wyraźnie osłabł wobec złotówki – wtedy za 1 CHF trzeba było zapłacić 2,62 zł. Rok później było to już 2,39 zł, a w 2001 r. 2,41 zł [1]. W międzyczasie RPP sukcesywnie podwyższała stopy procentowe. Topniejące zainteresowanie kredytami hipotecznymi (i nie tylko) w złotówce było jednym z bodźców, dla których sektor bankowy wyszedł z pomysłem wzmocnienia aktywności kredytowej na franku.

Do chwili wydania Rekomendacji S przez Komisję Nadzoru Finansowego (1.07.2014 r.). we franku zadłużyło się blisko * 600,000 Polaków – w pozostałych walutach prawdopodobnie kolejne 100,000.

* BIK podaje, że w ostatnim kw. 2014 r. liczba osób, które zdecydowały się na kredyt we franku sięgnęła 566,000.

Frankowicze stanęli w obliczu pierwszego większego kryzysu w latach 2001-2003, kiedy to kurs franka wzrósł o blisko 25% z 2,41 zł w 2001 r. do 3,01 zł dwa lata później. Skala problemu nie była jednak imponująca, bo pierwsze kredyty walutowe zaciągane przed 2003 i 2004 r. były zarezerwowane wyłącznie dla najbardziej wiarygodnych klientów o ugruntowanej kondycji finansowej.

Prawdziwy boom na kredyty we franku przypada na przełom 2003-2004 r., kiedy złotówka zaczęła umacniać się wobec CHF, a koszty hipotek topniały z każdym kolejnym kwartałem. Szwajcarska waluta urosła do miana przystani kredytowej dla Polaków i to nie tylko tych, którzy starali się o finansowanie swojego pierwszego domu lub mieszkania. Nie bez przyczyny, bo współczynnikiem bazowym dla obliczenia oprocentowania kredytu we franku nie jest WIBOR (w styczniu 2003 r. WIBOR 3M wynosił 6,87%) a LIBOR (w tym samym czasie utrzymywał się na poziomie zaledwie 0,60%).

Różnica ponad 6 pkt. procentowych działała na wyobraźnię wielu Polaków, ale i sam sektor bankowy wydaje się, że nie był przeciwny tym daleko idącym spekulacjom. Bankierzy przedstawiali kalkulacje klientom i wskazywali na realne oszczędności. Część kredytobiorców uwierzyła, że mocna złotówka i stabilna sytuacja makroekonomiczna Szwajcarii nie doprowadzi do załamania kursu na parze CHF – PLN w kolejnych latach. Mylili się.

2008 r. skutecznie ostudził dobre nastroje frankowiczów

Mimo że już pod koniec 2005 r. pojawiały się pierwsze wyraźne ostrzeżenia ze strony polskich instytucji finansowych (m.in. UOKiK, Narodowy Bank Polski, KNF), że gra na obcej walucie to realne ryzyko dla kredytobiorców, wielu Polaków nie przywiązywało do nich specjalnej uwagi. Co więcej, w tym samym czasie po kredyty w CHF zaczęli sięgać nie tylko najzamożniejsi, ale i osoby, które miały na tyle słabą zdolność kredytową, że dopiero po wyborze franka szwajcarskiego jako waluty rozliczeniowej mogli pozwolić sobie na zobowiązanie o wartości kilkuset tys. złotych.

Należy jednak przyjąć, że głównymi beneficjentami CHF wcale nie byli kredytobiorcy z marginesu, a osoby, których nie było stać na obsługę zadłużenia o znacznej wartości. Sama Komisja Nadzoru Finansowego podaje, że tylko na przełomie lat 2006-2007 ponad 6,000 kredytów hipotecznych we franku miało wartość 600,000 złotych i wyższą, a w tym okresie na tak duży kredyt w złotówce mogło liczyć niewielu klientów.

W 2007 r. jeszcze nic nie wskazywało na nadchodzący kryzys. Dopiero w IV kw. 2008 r. trend wyraźnie odwrócił się i już po kolejnych 4-5 miesiącach z 1,96 zł za 1 CHF kurs wzrósł do 3,32 zł – co prawda nie na długo, jednak od tej chwili średnia kursu nie wróciła już do tej, którą mogliśmy obserwować w na początku pierwszego dziesięciolecia. Co istotne – mimo że pierwsze wzrosty w latach 2000 – 2003 odcisnęły się na portfelach tylko niewielkiej grupy zadłużonych, o tyle wzrost zainteresowania kredytami hipotecznymi w kolejnych latach oznaczał, że mamy do czynienia już z zupełnie inną skalą.

Z czasem światowa recesja spowodowała wyraźne osłabienie złotego wobec franka szwajcarskiego; średni kurs rósł w zasadzie nieprzerwanie od 05.07.2008 r. i dziś utrzymuje się na poziomie blisko 4,00 złotych (na dzień publikacji tego artykułu 3,90 zł za 1 CHF).

Pod naciskiem społecznym przyjęto ustawę antyspreadową

Gwałtowne odwrócenie spadkowego trendu franka szwajcarskiego miało swoje konsekwencje w portfelach kredytobiorców. Pod nieustającym naciskiem społecznym polski rząd uchwalił tzw. ustawę antyspreadową, która zmieniła obowiązujące prawo bankowe (zmiany wprowadzone w IV kw. 2011 r. miały być odpowiedzią na rosnące koszty frankowiczów, ale ostatecznie nie rozwiązały problemu u podstaw).

Głównym problemem frankowiczów nie jest jednak sam ** spread bankowy (choć nie da się jednak ukryć, że oszczędności na wymianie walut we własnym zakresie przy odpowiedniej skali mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tys. złotych w skali 20-30 lat spłaty), a rekordowo wysoki kurs samej waluty.

Na to wskazywał już wtedy m.in. wiceprezes Związku Banków Polskich, Mieczysław Groszek.

** Kredytobiorcy ocenili, że spread sam w sobie stał się kolejnym źródłem zysków i nie pokrywał wyłącznie kosztu przewalutowania franka szwajcarskiego. Na kanwie tego przepisu podnosili, że umowy zawarte z bankami są nieważna (w tej części), bo działają na niekorzyść kredytobiorcy.

Nowy projekt pomocy przyjęty przez Sejm budzi wiele kontrowersji

Odpowiedzią na rosnące koszty obsługi kredytów hipotecznych we franku szwajcarskim stał się projekt ustawy złożony przez Sojusz Lewicy Demokratycznej. Zgodnie z jej treścią, całe ryzyko spekulacji na obcej walucie miałyby przejąć na siebie banki; najwięcej hipotek w CHF w swoich portfelach mają m.in.: mBank, Bank Millenium, Getin Noble Bank, PKO BP, BZ WBK.

Ekonomiści podnoszą, że nowa ustawa jest niezasadna, bo przeciwieństwie do innych przykładów, m.in. z Węgrzech, polscy kredytobiorcy dobrze znieśli rosnący kurs CHF. BIK podaje, że tylko 1,34% frankowiczów nie spłaca swojego zadłużenia w terminie (kredyty przeterminowane powyżej 90 dni).

W praktyce, gdyby kredyty we franku szwajcarskim zostały przewalutowane na złotówkę, 90% kosztów tej operacji poniosłyby banki. Podczas obrad 05.08.2015 r. Sejm zaakceptował projekt złożony przez SLD i stał się jednocześnie kością niezgody między parlamentarzystami a polskim sektorem bankowym. Z prostego powodu – pierwszy projekt złożony przez PO zakładał, że koszty będą proporcjonalne dla każdej ze stron, równo po 50%.

Z szacunków KNF wynika, że gdyby ustawa została przyjęta, całkowity koszt przewalutowania kredytów we franku szwajcarskim sięgnąłby blisko 22 miliardów złotych, a to znacznie więcej niż szacowano do nie dawana. Jeszcze większych strat spodziewa się prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszkiewicz, jednak im bliżej posiedzenia Senatu, tym niższe prawdopodobieństwo, że ustawa zostanie ostatecznie przyjęta. O realnych zagrożeniach nie tylko w kontekście samego sektora bankowego w Polsce, ale i gospodarki wspominali wcześniej m.in. premier Ewa Kopacz, minister Szczurek i prezydent Andrzej Duda.

Aniela Agopsowicz ekspert rynków finansowych w firmie ekantor.pl

Serwis ekantor.pl to internetowy kantor wymiany walut, który oferuje najniższe kursy walut na rynku. Serwis powstał z myślą o przedsiębiorcach jak i osobach indywidualnych aby mogły one w sposób szybki i bezpieczny dokonywać transakcji wymiany walut. Ekantor.pl proponuje bardzo niskie spready przez co jest bardziej atrakcyjny niż banki czy kantory stacjonarne.

Skomentuj Post

Komentarze3 komentarze

 

  1. Kazam

    Jedna wielka sciema.i tak nikr kasy nie dostanie i tak jedynaa pomoc wnsytuacji gigantucznej raty kredytu to kantory internetowe na rzad nie ma co licyc trzeba kupowac franki w ekantor.pl i cieszyc sie ze chociaz oni daja nam oszczedzic

  2. robert

    cała prawda jest taka że i ludzi ryzykowali strasznie i banki jak „poczuły krew” to oferowały kredyty ludziom którzy ledwie wiązali koniec z końcem (kretyni myśleli że wartość nieruchomości będzie rosła bez końca i zawsze da się ja sprzedać jak kredytobiorca nie będzie spłacał kredytu).
    Dzisiaj wszyscy płaczą a społeczeństwo ma za to płacić!

  3. michał

    ciekawe jak to będzie gdy pomogą/pomożemy frankowiczom a tym co mają kredyt w złotówkach i płacą dużo wyższe raty od początku nic nie damy? druga sprawa to już wszystkim mamy pomagać?

Dodaj własny komentarz

  • Najnowsze

    Zobacz najnowsze i najważniejsze artykuły:

  • Polacy wśród internautów najczęściej blokujących reklamy

    Na całym świecie ponad 200 mln internautów blokuje reklamy w przeglądarkach. Pod tym względem polscy internauci przodują w międzynarodowych rankingach. Reklamy blokowane są wraz z co drugą odsłoną strony – wynika z raportu OnAudience. Adblocki uważane są za poważne zagrożenie dla branży reklamowej, jednak ich rosnąca popularność wynika ze zbyt inwazyjnych i masowo stosowanych reklam. Wydawcy powinni więc postawić na treści dopasowane do odbiorców, co dzięki rozwojowi narzędzi do analizy danych staje się coraz łatwiejsze.  – W Polsce 42 proc. wszystkich wyświetlanych reklam w internecie jest blokowanych. To nas stawia na pierwszym miejscu w całym rankingu, który został przeprowadzony przez OnAudience.com. Na kolejnych miejscach znalazły się Norwegia i Wielka Brytania, które schodzą poniżej 40 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Sawa, chief commercial officer w Cloud Technologies, firmie specjalizującej się w big data marketingu i personalizacji reklamy internetowej. W Polsce reklamę blokuje 38 proc., czyli ok. 7 mln internautów. Na całym świecie blokujących jest ponad 200 mln. Tylko popularna aplikacja Adblock Plus ma ok. 100 mln aktywnych użytkowników. Jak podkreśla Sawa, reklamodawcy po części są sami sobie winni. Z przytaczanych przez Cloud Technologies wyliczeń comScore wynika, że w ciągu miesiąca statystycznemu internaucie wyświetla się ponad 1,7 tys. masowych banerów reklamowych w przeglądarce. Taka sytuacja nie jest korzystna ani dla internautów, ani wydawców, ani reklamodawców. – Wydawcy, którzy de facto czerpią swoje największe przychody z reklam, mają problem. Użytkownicy, którzy odwiedzają ich serwisy w nadziei na jakościowe treści, nie płacą za te treści, ponieważ nie oglądają reklam. Wydawcy z kolei mają mniejsze przychody, więc mają mniejsze budżety na to, żeby te jakościowe treści tworzyć – wyjaśnia Maciej Sawa. – W Stanach Zjednoczonych odsetek użytkowników, którzy używają wtyczek blokujących reklamy, jest o połowę mniejszy, więc wydawcy mają więcej przychodów i mogą sobie łatwiej radzić z tworzeniem jakościowych treści. W badaniu domu mediowego OMD masowe banery zostały przez Polaków uznane za najbardziej irytującą formę reklamy, wyprzedzając m.in. automatycznie uruchamiane wideo. Eksperci podkreślają, że kliknięcia w takie banery są zwykle przypadkowe. Taka reklama nie jest więc tylko nieskuteczna, ale nawet odstraszająca potencjalnych klientów. – Utrata potencjalnych przychodów wydawców szacowana jest na ok. 27 mld dol., więc samo zagrożenie dla branży reklamowej jest bardzo istotne. Ponad 65 proc. członków Association of Online Publishers, czyli organizacji zrzeszającej wydawców w Wielkiej Brytanii, stwierdziło, że to jest największe zagrożenie dla branży reklamowej w przyszłości. Trzeba więc dokładnie się temu zjawisku przyglądać – podkreśla Maciej Sawa. W miejsce utraconych przychodów z reklam część wydawców decyduje się na wprowadzenie opłat za treści, na czym z kolei cierpią internauci. Zdaniem eksperta Cloud Technologies reklamodawcy i wydawcy powinni wziąć pod uwagę to, że internauta zwykle szuka w sieci konkretnych produktów i usług i do jego potrzeb dostosować treści reklamowe. Trzeba też pamiętać o płci internauty, jego wieku, miejscu zamieszkania czy zainteresowaniach. – Rekomendujemy, żeby wydawcy sięgali po lepsze narzędzia do optymalizacji reklam, żeby treści były lepiej dopasowane i mniej nachalne – mówi Sawa. – Ostatecznie chodzi jednak o to, by reklama była skuteczna i zwiększała ruch w internecie. Idąc tym tropem, doszliśmy do stworzenia technologii UnBlock, która pozwala wydawcom mierzyć i monetyzować tego typu powierzchnie, które są blokowane przez użytkowników. UnBlock potrafi wykryć i unieszkodliwić wtyczki blokujące reklamy w przeglądarkach. W ten sposób umożliwi wyświetlenie wcześniej zablokowanej reklamy. Firma chce jednak promować reklamy nieinwazyjne, spersonalizowane do potrzeb konkretnego internauty. Personalizacja reklam jest możliwa dzięki wykorzystaniu big data, czyli danych na temat zachowań i zainteresowań anonimowych użytkowników sieci. Eksperci Cloud Technologies oceniają, że do 2020 roku na statystycznego internautę przypadać będzie ponad 5 GB cyfrowych informacji, które będzie można wykorzystywać, aby lepiej dopasować reklamę do jego potrzeb. Dalszy rozwój narzędzi służących do analizy danych spowoduje, że reklama masowa będzie stopniowo znikać z internetu.

  • Ponad 7,5 mln polskich internautów blokuje reklamy

    Liczba polskich internatów blokujących reklamy szybko rośnie i przekracza już 7,5 mln. Wpływa to na zmniejszenie przychodów wydawców. Żeby zatrzymać spadek, trzeba zacząć stosować mniej inwazyjne formy, które akceptują internauci. Agresywna reklama nie jest skuteczna, ponieważ zwiększa liczbę użytkowników adblocków i obniża efektywność przekazu. – Blokowanie reklam najbardziej uderza w wydawców, ponieważ poprzez adblocki kurczy się powierzchnia do zmonetyzowania. Wpływa to na malejące przychody – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Zielińska, head of business w Yieldbird, spółce zajmującej się optymalizacją powierzchni reklamowych w internecie. – Myślę, że wielu wydawców online w przeszłości tkwiło w błędnym kole, ponieważ chcąc poradzić sobie z tym problemem, zaczęło zwiększać liczbę oraz powierzchnię banerów reklamowych na swoich stronach. To sprawiło, że reklama stała się jeszcze bardziej inwazyjna. Ekspertka wskazuje, że takie zachowanie wpłynęło bezpośrednio na zwiększenie liczby użytkowników oprogramowania blokującego reklamy. Z badania MEC Wavemaker wynika, że 36 proc. polskich internautów korzysta z adblocków, głównie z powodu irytującego przekazu i powolnego ładowania się stron. To przekłada się negatywnie na skuteczność dotarcia z przekazem do grup docelowych. – Komunikat reklamowy stał się de facto niezauważalny na tych stronach, na których reklam jest w nadmiarze. Nawet najbardziej inwazyjne formaty straciły na skuteczności, ponieważ po pierwsze kliknięcia w nie są bardzo często przypadkowe. Po drugie taki komunikat może być przez konsumentów źle odbierany – stwierdza Zielińska. Według badania IAB Polska najczęstszymi powodami skłaniającymi Polaków do korzystania z adblocków są agresywne kampanie reklamowe (78 proc.), wydłużenie czasu ładowania strony (45 proc.), a także potrzeba ochrony prywatności i wzmocnienie poczucia bezpieczeństwa (42 proc.). – Niektórzy wydawcy korzystają z dostępnych na rynku rozwiązań, które umożliwiają monetyzację mimo stosowania przez użytkowników oprogramowania blokującego reklamy. Niemniej nie jest to satysfakcjonujące, jeśli chodzi o przychody i przede wszystkim nie rozwiązuje źródła problemu – zaznacza ekspertka Yieldbird. Wielu wydawców na Zachodzie uniemożliwia użytkownikom adblocków dostęp do treści, wysyłając im komunikat z prośbą o tzw. whitelisting, czyli dodanie do listy stron, które mogą wyświetlać reklamy. Podobne działania zaczynają być obecne również na polskim rynku. Badanie IAB pokazuje, że odpowiednie podejście do internautów może dać dobre efekty, gdyż aż 78 proc. użytkowników adblocków w Polsce dopuszcza różne formy działań reklamowych i marketingowych. Kolejne 27 proc. stosuje „białe listy” oraz dopuszcza nieinwazyjne formaty reklamowe. Ponadto 33 proc. z nich instaluje dodatkowe przeglądarki bez włączonych adblocków, a 38 proc. wyłącza adblocki po otrzymaniu takiej prośby. Połowa badanych ustawia też wyjątki od reguł blokowania. – Najważniejsze to uświadomić użytkownikom, że tak naprawdę reklama jest formą zapłaty za treści. Tego typu działania potrafią przynosić bardzo pozytywne rezultaty, ale tylko wśród wydawców premium, czyli tych, którzy oferują użytkownikom rzeczywiście jakościowe i unikalne treści, a przede wszystkim szanują użytkowników, tzn. nie bombardują ich intruzywnymi formami reklamowymi – uważa Marta Zielińska. Ubiegłoroczny raport IAB Polska podkreśla, że w Polsce liczba użytkowników internetu blokujących reklamy online systematycznie rośnie. Podczas gdy w roku 2015 było to 5,9 mln użytkowników, wobec 4,9 mln w 2014 roku, to w połowie bieżącego roku liczba ta sięgnęła już 7,6 mln. – Według badań, jakie przeprowadziliśmy w Yieldbird, jest to 30 proc. użytkowników polskiego internetu. Według innych szacunków to jeszcze więcej, 40 czy 50 proc., więc takie liczby trudno zlekceważyć – wymienia ekspertka. – Obserwując działania wydawców w ponad 30 krajach, w których działa Yieldbird, zmiany siatki formatów u wydawców w Polsce zachodzą jednak dosyć powoli. Nawet w porównaniu do takich państw jak Białoruś, Ukraina czy Rosja, liczba intruzywnych reklam w polskim internecie jest nadal bardzo duża. – Widać już jaskółki zmian. Rzeczywiście bardzo wiele się w tym zakresie zmieniło w ciągu ostatnich miesięcy. Dużo się o tym mówi w naszej branży i dlatego wierzymy, że w 2017 roku, również dzięki nowym rozwiązaniom, będzie zdecydowanie mniej intruzywnych reklam w polskim internecie – podsumowuje Zielińska.

  • Dzieci spędzają średnio około 18 godzin tygodniowo w internecie

    Ponad połowa dzieci w wieku 10–15 lat ma urządzenia mobilne z dostępem do internetu. Większość regularnie korzysta z mediów społecznościowych i aplikacji. Tymczasem każde, nawet pozornie niewinne zachowanie, jak zdjęcie opublikowane na Instagramie czy film wrzucony na YouTube, może nieść ze sobą poważne konsekwencje. Grupa On Board Think Kong w przygotowanym przez siebie poradniku „Dzieci na fejsie” wskazuje, jakie zagrożenia czyhają na dzieci w sieci. Choć najmłodsi deklarują, że od poniedziałku do piątku spędzają w sieci średnio po 2 godziny, a w weekendy dwukrotnie dłużej, rzeczywista liczba godzin spędzanych w sieci może być znacznie większa. Dzieci są też bardziej narażone na niebezpieczeństwo. – W mediach społecznościowych na dzieci, ale nie tylko, czeka bardzo dużo niebezpieczeństw związanych przede wszystkim z kilkoma ważnymi obszarami, które poruszyliśmy w poradniku „Dzieci na Fejsie” – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Rutkowska, social media manager Grupy On Board Think Kong. – Jednym z nich jest kwestia prywatności danych, ale też prywatności w znaczeniu, czy rzeczywiście wiemy, kim jest osoba, z którą rozmawiamy. W mediach społecznościowych przy rejestrowaniu kont nie trzeba przesyłać żadnych skanów dowodu czy jakiegokolwiek dokumentu, który potwierdzałby, czy konta zakładane są rzeczywiście na istniejące osoby. Dlatego można z góry założyć, że nie zawsze one są prawdziwe. Większość serwisów społecznościowych, m.in. Facebook, nie pozwala na zakładanie konta przez osoby, które nie ukończyły 13 lat. To jednak tylko teoria, bo przy rejestracji wystarczy podać datę urodzenia, która w żaden sposób nie jest weryfikowana. Średnio każdy użytkownik Facebooka ma ok. 150 znajomych, nie wiadomo jednak, czy dana osoba jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje. – W momencie, w którym publikujemy jakiekolwiek zdjęcia lub filmy w mediach społecznościowych, tracimy nad nimi kontrolę. Musimy więc bardzo uważać na to, co one przedstawiają i czy aby na pewno chcielibyśmy, żeby publiczność większa niż tylko nasi znajomi widziała te materiały – zaznacza ekspertka. Ryzykowne jest ciągłe meldowanie się na Facebooku, prowadzenie transmisji na żywo czy wrzucanie zdjęć na Instagram, zwłaszcza z wakacji. To jasny sygnał dla złodziei, że dom stoi pusty. – Często mamy potrzebę chwalenia się np. nowo kupionymi rzeczami: samochodem czy urządzeniem domu. Publikując zdjęcia dóbr materialnych w sieci, automatycznie wysyłamy sygnał, że się wzbogaciliśmy. Jeśli przy okazji dajemy znać, że jesteśmy na wakacjach, łatwo połączyć te dwa fakty i jeśli ktoś chciałby nas okraść, to więcej informacji nie potrzebuje – przestrzega Agnieszka Rutkowska. Z badania SW Research „Hejt w sieci” wynika, że ponad połowa z nas zetknęła się z hejtem w internecie. Niemal tyle samo uważa, ze fala nienawiści może skrzywdzić lub ośmieszyć inne osoby. Co czwarty padł ofiarą hejtera, a 10 proc. badanych obraża innych. Często problem z hejtem mają osoby dorosłe. Jeszcze trudniej jest dzieciom poradzić sobie z taką sytuacją. – Niebezpieczeństwo związane z mediami społecznościowymi polega też na tym, że jest bardzo dużo zawiłości technicznych, które mogą zwłaszcza dzieci wprowadzić w pewne zakłopotanie, w którym łatwo jest namówić je np. do zapłacenia za usługę, która nie powinna być płatna. Pojawiają się linki, gdzie wystarczy się zalogować, żeby coś uzyskać. Ani my, ani dzieci nie czytamy regulaminów, które stoją za takimi superatrakcjami. Dlatego często zapisujemy się na płatną usługę otrzymywania SMS-ów, które ściągają pieniądze z konta – podkreśla przedstawicielka Grupy On Board Think Kong. W mediach społecznościowych można znaleźć niemal wszystko. Jeśli dziecko szuka danej informacji, znajdzie ją. Łatwo dołączy do grupy zrzeszającej osoby mające wspólne zainteresowania. Jeśli to np. sport, to nie ma powodów do obaw, ale można dołączyć także do grup promujących anoreksję czy platform z wymianą sposobów na popełnienie samobójstwa. Żadne medium społecznościowe nie blokuje takich treści z automatu. Rodzice często nie zdają sobie sprawy z tego, jakie możliwości, ale i jakie zagrożenie niosą ze sobą social media. Jak mówi Rutkowska, Poradnik „Dzieci na fejsie” ma skłonić do refleksji i pomóc zrozumieć zagrożenia. – Naszym celem było zainspirowanie rodziców, żeby lepiej zapoznali się z funkcjonowaniem mediów społecznościowych. Absolutnie nie chcemy powodować, żeby dzieci nagle przestały być tam obecne, a rodzice zaczęli ograniczać im dostęp do internetu. Jeśli już mamy świadomość, że dziecko istnieje w mediach społecznościowych, to musimy wiedzieć, z czym to się wiąże, jakie są obowiązki, ale jakie też są przywileje wynikające z tej obecności – podkreśla Agnieszka Rutkowska.

  • Większość internautów akceptuje mniej agresywne reklamy w sieci

    Reklama w internecie jest akceptowana przez większość odbiorców, o ile nie utrudnia konsumpcji treści. Dlatego rosną wydatki reklamodawców na reklamę natywną, która jest dostosowana do układu graficznego strony internetowej oraz jest mniej agresywna. Obecnie w USA stanowią one około  56 proc. wydatków na promocję cyfrową, a w 2020 roku mogą osiągnąć 74 proc. Badania pokazują, że tego typu reklamy są rzadziej blokowane przez internautów. – W reklamie internetowej użytkowników irytują przede wszystkim agresywne formy, np. layerowe, czyli przykrywające treść strony, przez co przeglądanie sieci jest utrudnione – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Zielińska, Head of Business w firmie Yieldbird, zarządzającej powierzchniami reklamowymi w internecie. – Irytujące są również reklamy rich mediowe, czyli zawierające multimedia. Zwłaszcza takie, które uruchamiają automatycznie dźwięk, bez zgody użytkownika. Wbrew obiegowym opiniom konsumenci nie zamykają się na reklamę internetową. Według badania przeprowadzonego na brytyjskim rynku przez firmę ESI Media 63 proc. użytkowników sieci chce, by marka pomagała im osiągać cele, a 40 proc. przyznaje, że reklama bywa inspirująca. Większość (67 proc.) jest jednak zmęczona nierealistycznymi obietnicami. Z raportu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska wynika, że 78 proc. użytkowników adblocków (rozszerzeń przeglądarek WWW umożliwiających blokowanie reklam) dopuszcza wybrane formy działań promocyjnych, a 60 proc. nie wyklucza całkowitego ich wyłączenia, jeśli kampanie staną się mniej agresywne. – Nie jest jednak prawdą, że internauci w ogóle nie akceptują reklam w sieci. Myślę, że zarówno wydawcy, jak i reklamodawcy zaczynają wykorzystać to zjawisko i przekuwać w sukces. Odpowiedzią jest chociażby rozwijająca się teraz reklama natywna, czyli taka, która swoim wyglądem dopasowuje się do layoutu strony. Użytkownicy nie mówią reklamie nie, pod warunkiem że jest ona dobrze zarządzana – mówi Zielińska. Jak wynika z badania platformy eMarketer, 56 proc. wydatków na promocję cyfrową w Stanach Zjednoczonych jest aktualnie lokowanych w reklamie natywnej. Według prognoz trend wzrostowy sprawi, że wartość ta w 2020 roku wzrośnie do 74 proc. Choć ponad połowa użytkowników chce, aby reklama wyraźnie odróżniała się do kontentu, to praktyka pokazuje, że formy natywne wpływają na zmniejszenie liczby instalowanych adblocków. – Na rynku ma miejsce ostatnio bardzo duża zmiana: wydawcy są coraz bardziej świadomi źródła problemu i coraz bardziej otwarci na upraszczanie siatki reklamowej. To bardzo dobra wiadomość dla wszystkich użytkowników internetu – precyzuje Marta Zielińska. – Myślę, że możemy już powoli mówić o początku końca reklam inwazyjnych w polskim internecie. Branża pokłada ogromne nadzieje, jak informuje Marta Zielińska, w rozwoju tzw. programmatic buying, czyli zautomatyzowanego zakupu reklamy poprzez specjalne platformy. Programmatic buying umożliwia dotarcie do bardzo konkretnych użytkowników o dokładnie określonych cechach. – Dzięki takiemu precyzyjnemu targetowaniu (kierowaniu do wybranej grupy odbiorców – red.) komunikat reklamowy jest po pierwsze lepiej odbierany przez konsumenta, co ma później wpływ na zwiększoną skuteczność oraz ceny – tłumaczy Marta Zielińska. – Po drugie im skuteczniejsza reklama, tym oczywiście reklamodawcy są w stanie zajrzeć głębiej do kieszeni i wydać więcej. Wiążemy z tym zjawiskiem duże nadzieje.

  • Agencje PR nie są obecne w spółkach Skarbu Państwa

    Automatyzacja treści i schyłek mediów opiniotwórczych to jedne z ważniejszych wyzwań, z którymi będzie się mierzyć branża public relations w przyszłym roku. Agencje PR liczą także na nowe zlecenia od spółek Skarbu Państwa. To sektor, w którym dziś nie jesteśmy obecni – mówi szef Związku Firm Public Relations. W ostatnich latach postrzeganie PR przez firmy znacząco się zmieniło. Oczekują już nie tylko budowania relacji z mediami, lecz także wielostronnego doradztwa. – Technologia wywarła rewolucyjny wpływ na branżę PR. W tej chwili dominującym trendem jest automatyzacja treści. Dużą część tego, co tradycyjnie robiliśmy, mogą już wykonywać za nas automaty. Dla przykładu, podczas ostatniej olimpiady wszystkie serwisy sportowe „Washington Post” były robione już przez boty Amazona – mówi agencji Newseria Grzegorz Szczepański, prezes zarządu Związku Firm Public Relations. Rozwój technologii i mediów społecznościowych to jedne z czynników, które powodują, że coraz bardziej zacierają się granice pomiędzy branżą PR, reklamą i marketingiem a innymi formami komunikacji. Prezes ZFPR zauważa, że agencje PR-owe coraz częściej dostają od klientów zapytania dotyczące usług wykraczających poza tradycyjnie rozumiane public relations. – W tej chwili możemy mówić, że wszyscy pracujemy w biznesie marketingowym, co zresztą widać w podejściu do branży. Nie jesteśmy pytani już tylko o typowe działania, ale często dostajemy też zapytania o poważniejsze kampanie, chociażby takie jak spozycjonowanie nowego produktu na rynku czy wprowadzenie na rynek nowej usługi – mówi Grzegorz Szczepański. Coraz bardziej postępuje też rozwarstwienie branży, która wyraźnie dzieli się na profesjonalne usługi doradcze i typowe, tradycyjne usługi media relations. Na te ostatnie powoli spada zapotrzebowanie, co sprawia, że z rynku znika część mniejszych agencji. – Ta zmiana jest powolna, ale konsekwentna. Następuje rozwarstwienie branży PR, z jednej strony mamy usługi tzw. high-endowych, gdzie potrzeba naprawdę profesjonalnego doradztwa opartego o wieloletnie doświadczenie, z drugiej strony mamy tradycyjne, typowe usługi PR, o których mówimy potocznie media relations. Według mnie te są w tej chwili w odwrocie i obserwujemy już pierwsze zamknięcia niewielkich agencji PR, które koncentrują się wyłącznie na tym typie usług – mówi Grzegorz Szczepański. Jego zdaniem w nadchodzącym roku największy wpływ na globalną branżę usług PR-owych będą mieć właśnie automatyzacja treści i powszechny „upadek prawdy” rozumiany jako zanik opiniotwórczych, niezależnych mediów. Na polski rynek wpłynęła też zmiana rządów. – Profesjonalną branżę usług public relations w Polsce dotknęła dobra zmiana. Nie jesteśmy obecni w sektorze spółek Skarbu Państwa, ale mam nadzieję, że ten trend się odwróci w 2017 roku – mówi Grzegorz Szczepański. Związek Firm Public Relations to organizacja zrzeszająca obecnie 39 profesjonalnych agencji PR, której celem jest reprezentacja branży oraz dbałość o standardy etyczne i zawodowe w usługach PR-owych. Od kilkunastu lat ZFPR jest organizatorem Złotych Spinaczy – konkursu promującego najlepsze projekty z dziedziny PR. Tegoroczne nagrody – przyznane podczas uroczystej gali, która 2 grudnia odbyła się w warszawskim Hotelu Westin – trafiły do laureatów w 27 kategoriach. Oprócz złotych statuetek rozdano także srebrne i brązowe spinacze. Najwięcej nagród zebrały agencje MSL Group, Havas PR, Garden of Words i Komunikacja Plus.

  • Oklejanie samochodów sposobem na skuteczną reklamę Twojego biznesu

    Biznes rządzi się swoimi prawami i wymusza na biznesmenach kładzenie dużego nacisku na promocję i reklamę. Istnieją branże, w których jest to wręcz najważniejsze – np. takie, w których sprzedawane przedmioty czy świadczone usługi są powtarzalne i podobnej jakości. Wówczas to marketing i reklama odgrywają rolę, która świadczy o sukcesie firmy. Sposobów promowania się jest wiele i dotyczą one różnych sfer – jedyne oddziałują na wyobraźnie, a inne mają wartość merytoryczną, informacyjną. Wizualny efekt jest zawsze szalenie istotny, bo firma, która nie dba o wizerunek zewnętrzny, z dużą dozą prawdopodobieństwa nie dba też o inne rzeczy. Zawsze lubimy zresztą ładny wygląd, zarówno u siebie jak i u innych. Właśnie dlatego oklejanie aut samochodowych jest obecnie szalenie popularne i przynosi wymierne efekty marketingowe. Dlaczego? Tanio, szybko i skutecznie Marketing często może być bardzo czasochłonnym procesem, pochłaniającym duże ilości pieniędzy. Polega przecież na tym, żeby regularnie pokazywać się odbiorcom w jak najlepszym świetle. Czasami jest to bardzo kosztowne, np. w reklamowanie się przy pomocy telewizji, prasy czy radia. Takie reklamy, owszem, są skuteczne, jednak zarezerwowane raczej dla „grubych ryb”. Niektóre formy marketingu są jednak uniwersalne, dostępne nawet dla przeciętych zjadaczy chleba. Jedną z nich jest właśnie promowanie marki przy pomocy folii samochodowych. Jest to rozwiązanie tanie, bo wystarczy raz okleić auto, by reklama działała przez nawet kilka lat. Oczywiście, po pewnym czasie należy folię odświeżyć, jednak jest to relatywnie niski koszt, zwłaszcza, że niezbędny tylko raz na jakiś czas. Folie są bardzo żywotne, jeśli stosuje się odpowiednie środki czystości, jednak nie jest to wielkie wyzwanie – wystarczy po prostu regularnie je myć. Szybkość tego rozwiązania przejawia się w tym, że wystarczy tylko zajechać autem do studia car wrappingowego, takiego jak artgrafcars.pl, a całą resztą zajmą się specjaliści motoryzacyjni, którzy poświadczają odpowiednie doświadczenie i sprzęt. Wystarczy dać im pomysł i ogólną koncepcję, a na pewno uda im się stworzyć projekt na miarę oczekiwań każdego przedsiębiorcy. Wystarczy przypatrzeć się pojazdom na ulicy, które oklejone są folią – każda branża znajdzie coś dla siebie. Skuteczność tej formy marketingowej jest spowodowana jej uniwersalnym charakterem. Po pierwsze każdy przecież lubi oglądać ładnie wyglądające auta, a jeśli połączymy to z np. logo firmy, to da efekt, który pozostanie na długo w pamięci odbiorcy. Firmy, które dbają o wygląd swoich aut firmowych i wyróżniają się efektownymi kreacjami po prostu zostają w świadomości ludzkiej i dobrze się kojarzą. Takie wyjście w stronę klientów nie wymaga przecież wielkiego wysiłku, a efekty mogą być naprawdę piorunujące. Klasa w świecie bylejakości Obecnie rynek przesycony jest różnej maści firmami, które w różny sposób reklamują się na zewnątrz. Doceniamy te marki, które potrafią pokazać się z jak najlepszej strony, choć z zabiegów tych nie mają bezpośredniej korzyści. Właśnie tak postrzegany jest car wrapping wśród ludzi – jako dodatkowy wysiłek przedsiębiorcy, na który przecież nie musiał się wcale zdobywać. Oklejana auta robią wrażenie na drodze, zwłaszcza, jeśli wykonanie jest profesjonalne i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Nadal w Polsce pokutuje przekonanie, że marketing może być robiony niskim nakładem pracy, dodatkowo. Nic bardziej mylnego – marketing jest jednym z najważniejszych, a czasami nawet najważniejszym elementem sukcesu firm w dzisiejszych czasach. Właśnie dlatego tak istotne jest wyróżnianie się jakością pośród ogólnie panującej bylejakości. Wygrywają ci, którzy pokazują się z jak najlepszej strony i niczego nie oczekują w zamian. Oklejanie aut firmowych jest wyrazem takiego podejścia pracodawcy do klientów i dlatego cieszy się zaufaniem zarówno reklamodawców jak i odbiorców reklamy. Jak oklejać, żeby działało? Oklejanie aut nie może być dziełem osoby niewykwalifikowanej – aby car wrap był skuteczny i profesjonalny, należy zgłosić się do odpowiedniego studia motoryzacyjnego, takiego jak wymieniony wcześniej ArtGraf Cars. Wizyta w takim miejscu zapewni każdemu przedsiębiorcy kompleksowe podejście do tematu aplikatorów, którzy najczęściej są też fanami i miłośnikami motoryzacji. Jedyne, co musisz zrobić, to przedstawić jakiś ogólny pomysł, a aplikatorzy stworzą projekt i dopasują go do potrzeb Twojej firmy. Można im całkowicie zaufać, gdyż zajmują się oklejaniem aut na co dzień. Samodzielne próby car wrappingu nie mogą skończyć się dobrze – to zadanie wymaga precyzji, doświadczenia i odpowiedniego sprzętu. Jeżeli jesteś właścicielem firmy i posiadasz flotę albo nawet jedno czy dwa auta służbowe, to zmiana jego koloru przy pomocy folii samochodowych będzie znakomitym rozwiązaniem. Nie tylko Twoje samochody będą wyglądały dynamicznie i świetnie się prezentowały na drodze, ale zyskasz także szacunek swoich klientów.

  • Polecane przez The Business Times:
  • Polecane przez The Business Times:

Pomysł Na Biznes

Jeśli chcesz, żeby biznes nie krył przed Tobą tajemnic warto na tym forum wymieniać się poglądami.

Biznes Plan

Biznesplany różnych firm, przykładowy biznes plan, gotowy biznes plan.

Inwestowanie

Giełda Papierów Wartościowych, Forex, Fundusze Inwestycyjne, Złoto i Surowce.
Agencja Marketingowa
© Times Press sp. z o.o. 2014 | Version 3.0.01.2014
Registered in Poland Registered office: Piastowska 46 lok.1, Jelcz-Laskowice, 55-220




www.BusinessTimes.pl nie ponosi odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zamieszczonych w serwisie,
ani za szkody poniesione w wyniku decyzji inwestycyjnych podjętych na podstawie treści, które zawiera www.BusinessTimes.pl.