Frank szwajcarski podzieli polski sektor bankowy? O tym zadecyduje Sejm

Wrzesień 7 2015 01:59PM

Polski sektor bankowy stoi wobec dużego wyzwania. Jeśli senatorowie nie odrzucą przyjętego przez Sejm nowego projektu ustawy o przewalutowaniu kredytów we franku szwajcarskim, możemy spodziewać się nawet ograniczenia dynamiki wzrostu PKB.

home-167734_1280

Komu opłaciła się spekulacja na franku szwajcarskim?

Przypomnijmy, że gwałtowny wzrost popularności kredytów walutowych w Polsce przypada na połowę 2000 r., kiedy banki coraz chętniej udzielały pożyczek hipotecznych w euro i dolarze, a z czasem także we franku szwajcarskim.

W 1999 r. frank wytracił dynamikę wzrostu i wyraźnie osłabł wobec złotówki – wtedy za 1 CHF trzeba było zapłacić 2,62 zł. Rok później było to już 2,39 zł, a w 2001 r. 2,41 zł [1]. W międzyczasie RPP sukcesywnie podwyższała stopy procentowe. Topniejące zainteresowanie kredytami hipotecznymi (i nie tylko) w złotówce było jednym z bodźców, dla których sektor bankowy wyszedł z pomysłem wzmocnienia aktywności kredytowej na franku.

Do chwili wydania Rekomendacji S przez Komisję Nadzoru Finansowego (1.07.2014 r.). we franku zadłużyło się blisko * 600,000 Polaków – w pozostałych walutach prawdopodobnie kolejne 100,000.

* BIK podaje, że w ostatnim kw. 2014 r. liczba osób, które zdecydowały się na kredyt we franku sięgnęła 566,000.

Frankowicze stanęli w obliczu pierwszego większego kryzysu w latach 2001-2003, kiedy to kurs franka wzrósł o blisko 25% z 2,41 zł w 2001 r. do 3,01 zł dwa lata później. Skala problemu nie była jednak imponująca, bo pierwsze kredyty walutowe zaciągane przed 2003 i 2004 r. były zarezerwowane wyłącznie dla najbardziej wiarygodnych klientów o ugruntowanej kondycji finansowej.

Prawdziwy boom na kredyty we franku przypada na przełom 2003-2004 r., kiedy złotówka zaczęła umacniać się wobec CHF, a koszty hipotek topniały z każdym kolejnym kwartałem. Szwajcarska waluta urosła do miana przystani kredytowej dla Polaków i to nie tylko tych, którzy starali się o finansowanie swojego pierwszego domu lub mieszkania. Nie bez przyczyny, bo współczynnikiem bazowym dla obliczenia oprocentowania kredytu we franku nie jest WIBOR (w styczniu 2003 r. WIBOR 3M wynosił 6,87%) a LIBOR (w tym samym czasie utrzymywał się na poziomie zaledwie 0,60%).

Różnica ponad 6 pkt. procentowych działała na wyobraźnię wielu Polaków, ale i sam sektor bankowy wydaje się, że nie był przeciwny tym daleko idącym spekulacjom. Bankierzy przedstawiali kalkulacje klientom i wskazywali na realne oszczędności. Część kredytobiorców uwierzyła, że mocna złotówka i stabilna sytuacja makroekonomiczna Szwajcarii nie doprowadzi do załamania kursu na parze CHF – PLN w kolejnych latach. Mylili się.

2008 r. skutecznie ostudził dobre nastroje frankowiczów

Mimo że już pod koniec 2005 r. pojawiały się pierwsze wyraźne ostrzeżenia ze strony polskich instytucji finansowych (m.in. UOKiK, Narodowy Bank Polski, KNF), że gra na obcej walucie to realne ryzyko dla kredytobiorców, wielu Polaków nie przywiązywało do nich specjalnej uwagi. Co więcej, w tym samym czasie po kredyty w CHF zaczęli sięgać nie tylko najzamożniejsi, ale i osoby, które miały na tyle słabą zdolność kredytową, że dopiero po wyborze franka szwajcarskiego jako waluty rozliczeniowej mogli pozwolić sobie na zobowiązanie o wartości kilkuset tys. złotych.

Należy jednak przyjąć, że głównymi beneficjentami CHF wcale nie byli kredytobiorcy z marginesu, a osoby, których nie było stać na obsługę zadłużenia o znacznej wartości. Sama Komisja Nadzoru Finansowego podaje, że tylko na przełomie lat 2006-2007 ponad 6,000 kredytów hipotecznych we franku miało wartość 600,000 złotych i wyższą, a w tym okresie na tak duży kredyt w złotówce mogło liczyć niewielu klientów.

W 2007 r. jeszcze nic nie wskazywało na nadchodzący kryzys. Dopiero w IV kw. 2008 r. trend wyraźnie odwrócił się i już po kolejnych 4-5 miesiącach z 1,96 zł za 1 CHF kurs wzrósł do 3,32 zł – co prawda nie na długo, jednak od tej chwili średnia kursu nie wróciła już do tej, którą mogliśmy obserwować w na początku pierwszego dziesięciolecia. Co istotne – mimo że pierwsze wzrosty w latach 2000 – 2003 odcisnęły się na portfelach tylko niewielkiej grupy zadłużonych, o tyle wzrost zainteresowania kredytami hipotecznymi w kolejnych latach oznaczał, że mamy do czynienia już z zupełnie inną skalą.

Z czasem światowa recesja spowodowała wyraźne osłabienie złotego wobec franka szwajcarskiego; średni kurs rósł w zasadzie nieprzerwanie od 05.07.2008 r. i dziś utrzymuje się na poziomie blisko 4,00 złotych (na dzień publikacji tego artykułu 3,90 zł za 1 CHF).

Pod naciskiem społecznym przyjęto ustawę antyspreadową

Gwałtowne odwrócenie spadkowego trendu franka szwajcarskiego miało swoje konsekwencje w portfelach kredytobiorców. Pod nieustającym naciskiem społecznym polski rząd uchwalił tzw. ustawę antyspreadową, która zmieniła obowiązujące prawo bankowe (zmiany wprowadzone w IV kw. 2011 r. miały być odpowiedzią na rosnące koszty frankowiczów, ale ostatecznie nie rozwiązały problemu u podstaw).

Głównym problemem frankowiczów nie jest jednak sam ** spread bankowy (choć nie da się jednak ukryć, że oszczędności na wymianie walut we własnym zakresie przy odpowiedniej skali mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tys. złotych w skali 20-30 lat spłaty), a rekordowo wysoki kurs samej waluty.

Na to wskazywał już wtedy m.in. wiceprezes Związku Banków Polskich, Mieczysław Groszek.

** Kredytobiorcy ocenili, że spread sam w sobie stał się kolejnym źródłem zysków i nie pokrywał wyłącznie kosztu przewalutowania franka szwajcarskiego. Na kanwie tego przepisu podnosili, że umowy zawarte z bankami są nieważna (w tej części), bo działają na niekorzyść kredytobiorcy.

Nowy projekt pomocy przyjęty przez Sejm budzi wiele kontrowersji

Odpowiedzią na rosnące koszty obsługi kredytów hipotecznych we franku szwajcarskim stał się projekt ustawy złożony przez Sojusz Lewicy Demokratycznej. Zgodnie z jej treścią, całe ryzyko spekulacji na obcej walucie miałyby przejąć na siebie banki; najwięcej hipotek w CHF w swoich portfelach mają m.in.: mBank, Bank Millenium, Getin Noble Bank, PKO BP, BZ WBK.

Ekonomiści podnoszą, że nowa ustawa jest niezasadna, bo przeciwieństwie do innych przykładów, m.in. z Węgrzech, polscy kredytobiorcy dobrze znieśli rosnący kurs CHF. BIK podaje, że tylko 1,34% frankowiczów nie spłaca swojego zadłużenia w terminie (kredyty przeterminowane powyżej 90 dni).

W praktyce, gdyby kredyty we franku szwajcarskim zostały przewalutowane na złotówkę, 90% kosztów tej operacji poniosłyby banki. Podczas obrad 05.08.2015 r. Sejm zaakceptował projekt złożony przez SLD i stał się jednocześnie kością niezgody między parlamentarzystami a polskim sektorem bankowym. Z prostego powodu – pierwszy projekt złożony przez PO zakładał, że koszty będą proporcjonalne dla każdej ze stron, równo po 50%.

Z szacunków KNF wynika, że gdyby ustawa została przyjęta, całkowity koszt przewalutowania kredytów we franku szwajcarskim sięgnąłby blisko 22 miliardów złotych, a to znacznie więcej niż szacowano do nie dawana. Jeszcze większych strat spodziewa się prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszkiewicz, jednak im bliżej posiedzenia Senatu, tym niższe prawdopodobieństwo, że ustawa zostanie ostatecznie przyjęta. O realnych zagrożeniach nie tylko w kontekście samego sektora bankowego w Polsce, ale i gospodarki wspominali wcześniej m.in. premier Ewa Kopacz, minister Szczurek i prezydent Andrzej Duda.

Aniela Agopsowicz ekspert rynków finansowych w firmie ekantor.pl

Serwis ekantor.pl to internetowy kantor wymiany walut, który oferuje najniższe kursy walut na rynku. Serwis powstał z myślą o przedsiębiorcach jak i osobach indywidualnych aby mogły one w sposób szybki i bezpieczny dokonywać transakcji wymiany walut. Ekantor.pl proponuje bardzo niskie spready przez co jest bardziej atrakcyjny niż banki czy kantory stacjonarne.

Skomentuj Post

Komentarze3 komentarze

 

  1. Kazam

    Jedna wielka sciema.i tak nikr kasy nie dostanie i tak jedynaa pomoc wnsytuacji gigantucznej raty kredytu to kantory internetowe na rzad nie ma co licyc trzeba kupowac franki w ekantor.pl i cieszyc sie ze chociaz oni daja nam oszczedzic

  2. robert

    cała prawda jest taka że i ludzi ryzykowali strasznie i banki jak „poczuły krew” to oferowały kredyty ludziom którzy ledwie wiązali koniec z końcem (kretyni myśleli że wartość nieruchomości będzie rosła bez końca i zawsze da się ja sprzedać jak kredytobiorca nie będzie spłacał kredytu).
    Dzisiaj wszyscy płaczą a społeczeństwo ma za to płacić!

  3. michał

    ciekawe jak to będzie gdy pomogą/pomożemy frankowiczom a tym co mają kredyt w złotówkach i płacą dużo wyższe raty od początku nic nie damy? druga sprawa to już wszystkim mamy pomagać?

Dodaj własny komentarz

  • Najnowsze

    Zobacz najnowsze i najważniejsze artykuły:

  • Większość internautów akceptuje mniej agresywne reklamy w sieci

    Reklama w internecie jest akceptowana przez większość odbiorców, o ile nie utrudnia konsumpcji treści. Dlatego rosną wydatki reklamodawców na reklamę natywną, która jest dostosowana do układu graficznego strony internetowej oraz jest mniej agresywna. Obecnie w USA stanowią one około  56 proc. wydatków na promocję cyfrową, a w 2020 roku mogą osiągnąć 74 proc. Badania pokazują, że tego typu reklamy są rzadziej blokowane przez internautów. – W reklamie internetowej użytkowników irytują przede wszystkim agresywne formy, np. layerowe, czyli przykrywające treść strony, przez co przeglądanie sieci jest utrudnione – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Zielińska, Head of Business w firmie Yieldbird, zarządzającej powierzchniami reklamowymi w internecie. – Irytujące są również reklamy rich mediowe, czyli zawierające multimedia. Zwłaszcza takie, które uruchamiają automatycznie dźwięk, bez zgody użytkownika. Wbrew obiegowym opiniom konsumenci nie zamykają się na reklamę internetową. Według badania przeprowadzonego na brytyjskim rynku przez firmę ESI Media 63 proc. użytkowników sieci chce, by marka pomagała im osiągać cele, a 40 proc. przyznaje, że reklama bywa inspirująca. Większość (67 proc.) jest jednak zmęczona nierealistycznymi obietnicami. Z raportu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska wynika, że 78 proc. użytkowników adblocków (rozszerzeń przeglądarek WWW umożliwiających blokowanie reklam) dopuszcza wybrane formy działań promocyjnych, a 60 proc. nie wyklucza całkowitego ich wyłączenia, jeśli kampanie staną się mniej agresywne. – Nie jest jednak prawdą, że internauci w ogóle nie akceptują reklam w sieci. Myślę, że zarówno wydawcy, jak i reklamodawcy zaczynają wykorzystać to zjawisko i przekuwać w sukces. Odpowiedzią jest chociażby rozwijająca się teraz reklama natywna, czyli taka, która swoim wyglądem dopasowuje się do layoutu strony. Użytkownicy nie mówią reklamie nie, pod warunkiem że jest ona dobrze zarządzana – mówi Zielińska. Jak wynika z badania platformy eMarketer, 56 proc. wydatków na promocję cyfrową w Stanach Zjednoczonych jest aktualnie lokowanych w reklamie natywnej. Według prognoz trend wzrostowy sprawi, że wartość ta w 2020 roku wzrośnie do 74 proc. Choć ponad połowa użytkowników chce, aby reklama wyraźnie odróżniała się do kontentu, to praktyka pokazuje, że formy natywne wpływają na zmniejszenie liczby instalowanych adblocków. – Na rynku ma miejsce ostatnio bardzo duża zmiana: wydawcy są coraz bardziej świadomi źródła problemu i coraz bardziej otwarci na upraszczanie siatki reklamowej. To bardzo dobra wiadomość dla wszystkich użytkowników internetu – precyzuje Marta Zielińska. – Myślę, że możemy już powoli mówić o początku końca reklam inwazyjnych w polskim internecie. Branża pokłada ogromne nadzieje, jak informuje Marta Zielińska, w rozwoju tzw. programmatic buying, czyli zautomatyzowanego zakupu reklamy poprzez specjalne platformy. Programmatic buying umożliwia dotarcie do bardzo konkretnych użytkowników o dokładnie określonych cechach. – Dzięki takiemu precyzyjnemu targetowaniu (kierowaniu do wybranej grupy odbiorców – red.) komunikat reklamowy jest po pierwsze lepiej odbierany przez konsumenta, co ma później wpływ na zwiększoną skuteczność oraz ceny – tłumaczy Marta Zielińska. – Po drugie im skuteczniejsza reklama, tym oczywiście reklamodawcy są w stanie zajrzeć głębiej do kieszeni i wydać więcej. Wiążemy z tym zjawiskiem duże nadzieje.

  • Agencje PR nie są obecne w spółkach Skarbu Państwa

    Automatyzacja treści i schyłek mediów opiniotwórczych to jedne z ważniejszych wyzwań, z którymi będzie się mierzyć branża public relations w przyszłym roku. Agencje PR liczą także na nowe zlecenia od spółek Skarbu Państwa. To sektor, w którym dziś nie jesteśmy obecni – mówi szef Związku Firm Public Relations. W ostatnich latach postrzeganie PR przez firmy znacząco się zmieniło. Oczekują już nie tylko budowania relacji z mediami, lecz także wielostronnego doradztwa. – Technologia wywarła rewolucyjny wpływ na branżę PR. W tej chwili dominującym trendem jest automatyzacja treści. Dużą część tego, co tradycyjnie robiliśmy, mogą już wykonywać za nas automaty. Dla przykładu, podczas ostatniej olimpiady wszystkie serwisy sportowe „Washington Post” były robione już przez boty Amazona – mówi agencji Newseria Grzegorz Szczepański, prezes zarządu Związku Firm Public Relations. Rozwój technologii i mediów społecznościowych to jedne z czynników, które powodują, że coraz bardziej zacierają się granice pomiędzy branżą PR, reklamą i marketingiem a innymi formami komunikacji. Prezes ZFPR zauważa, że agencje PR-owe coraz częściej dostają od klientów zapytania dotyczące usług wykraczających poza tradycyjnie rozumiane public relations. – W tej chwili możemy mówić, że wszyscy pracujemy w biznesie marketingowym, co zresztą widać w podejściu do branży. Nie jesteśmy pytani już tylko o typowe działania, ale często dostajemy też zapytania o poważniejsze kampanie, chociażby takie jak spozycjonowanie nowego produktu na rynku czy wprowadzenie na rynek nowej usługi – mówi Grzegorz Szczepański. Coraz bardziej postępuje też rozwarstwienie branży, która wyraźnie dzieli się na profesjonalne usługi doradcze i typowe, tradycyjne usługi media relations. Na te ostatnie powoli spada zapotrzebowanie, co sprawia, że z rynku znika część mniejszych agencji. – Ta zmiana jest powolna, ale konsekwentna. Następuje rozwarstwienie branży PR, z jednej strony mamy usługi tzw. high-endowych, gdzie potrzeba naprawdę profesjonalnego doradztwa opartego o wieloletnie doświadczenie, z drugiej strony mamy tradycyjne, typowe usługi PR, o których mówimy potocznie media relations. Według mnie te są w tej chwili w odwrocie i obserwujemy już pierwsze zamknięcia niewielkich agencji PR, które koncentrują się wyłącznie na tym typie usług – mówi Grzegorz Szczepański. Jego zdaniem w nadchodzącym roku największy wpływ na globalną branżę usług PR-owych będą mieć właśnie automatyzacja treści i powszechny „upadek prawdy” rozumiany jako zanik opiniotwórczych, niezależnych mediów. Na polski rynek wpłynęła też zmiana rządów. – Profesjonalną branżę usług public relations w Polsce dotknęła dobra zmiana. Nie jesteśmy obecni w sektorze spółek Skarbu Państwa, ale mam nadzieję, że ten trend się odwróci w 2017 roku – mówi Grzegorz Szczepański. Związek Firm Public Relations to organizacja zrzeszająca obecnie 39 profesjonalnych agencji PR, której celem jest reprezentacja branży oraz dbałość o standardy etyczne i zawodowe w usługach PR-owych. Od kilkunastu lat ZFPR jest organizatorem Złotych Spinaczy – konkursu promującego najlepsze projekty z dziedziny PR. Tegoroczne nagrody – przyznane podczas uroczystej gali, która 2 grudnia odbyła się w warszawskim Hotelu Westin – trafiły do laureatów w 27 kategoriach. Oprócz złotych statuetek rozdano także srebrne i brązowe spinacze. Najwięcej nagród zebrały agencje MSL Group, Havas PR, Garden of Words i Komunikacja Plus.

  • Oklejanie samochodów sposobem na skuteczną reklamę Twojego biznesu

    Biznes rządzi się swoimi prawami i wymusza na biznesmenach kładzenie dużego nacisku na promocję i reklamę. Istnieją branże, w których jest to wręcz najważniejsze – np. takie, w których sprzedawane przedmioty czy świadczone usługi są powtarzalne i podobnej jakości. Wówczas to marketing i reklama odgrywają rolę, która świadczy o sukcesie firmy. Sposobów promowania się jest wiele i dotyczą one różnych sfer – jedyne oddziałują na wyobraźnie, a inne mają wartość merytoryczną, informacyjną. Wizualny efekt jest zawsze szalenie istotny, bo firma, która nie dba o wizerunek zewnętrzny, z dużą dozą prawdopodobieństwa nie dba też o inne rzeczy. Zawsze lubimy zresztą ładny wygląd, zarówno u siebie jak i u innych. Właśnie dlatego oklejanie aut samochodowych jest obecnie szalenie popularne i przynosi wymierne efekty marketingowe. Dlaczego? Tanio, szybko i skutecznie Marketing często może być bardzo czasochłonnym procesem, pochłaniającym duże ilości pieniędzy. Polega przecież na tym, żeby regularnie pokazywać się odbiorcom w jak najlepszym świetle. Czasami jest to bardzo kosztowne, np. w reklamowanie się przy pomocy telewizji, prasy czy radia. Takie reklamy, owszem, są skuteczne, jednak zarezerwowane raczej dla „grubych ryb”. Niektóre formy marketingu są jednak uniwersalne, dostępne nawet dla przeciętych zjadaczy chleba. Jedną z nich jest właśnie promowanie marki przy pomocy folii samochodowych. Jest to rozwiązanie tanie, bo wystarczy raz okleić auto, by reklama działała przez nawet kilka lat. Oczywiście, po pewnym czasie należy folię odświeżyć, jednak jest to relatywnie niski koszt, zwłaszcza, że niezbędny tylko raz na jakiś czas. Folie są bardzo żywotne, jeśli stosuje się odpowiednie środki czystości, jednak nie jest to wielkie wyzwanie – wystarczy po prostu regularnie je myć. Szybkość tego rozwiązania przejawia się w tym, że wystarczy tylko zajechać autem do studia car wrappingowego, takiego jak artgrafcars.com, a całą resztą zajmą się specjaliści motoryzacyjni, którzy poświadczają odpowiednie doświadczenie i sprzęt. Wystarczy dać im pomysł i ogólną koncepcję, a na pewno uda im się stworzyć projekt na miarę oczekiwań każdego przedsiębiorcy. Wystarczy przypatrzeć się pojazdom na ulicy, które oklejone są folią – każda branża znajdzie coś dla siebie. Skuteczność tej formy marketingowej jest spowodowana jej uniwersalnym charakterem. Po pierwsze każdy przecież lubi oglądać ładnie wyglądające auta, a jeśli połączymy to z np. logo firmy, to da efekt, który pozostanie na długo w pamięci odbiorcy. Firmy, które dbają o wygląd swoich aut firmowych i wyróżniają się efektownymi kreacjami po prostu zostają w świadomości ludzkiej i dobrze się kojarzą. Takie wyjście w stronę klientów nie wymaga przecież wielkiego wysiłku, a efekty mogą być naprawdę piorunujące. Klasa w świecie bylejakości Obecnie rynek przesycony jest różnej maści firmami, które w różny sposób reklamują się na zewnątrz. Doceniamy te marki, które potrafią pokazać się z jak najlepszej strony, choć z zabiegów tych nie mają bezpośredniej korzyści. Właśnie tak postrzegany jest car wrapping wśród ludzi – jako dodatkowy wysiłek przedsiębiorcy, na który przecież nie musiał się wcale zdobywać. Oklejana auta robią wrażenie na drodze, zwłaszcza, jeśli wykonanie jest profesjonalne i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Nadal w Polsce pokutuje przekonanie, że marketing może być robiony niskim nakładem pracy, dodatkowo. Nic bardziej mylnego – marketing jest jednym z najważniejszych, a czasami nawet najważniejszym elementem sukcesu firm w dzisiejszych czasach. Właśnie dlatego tak istotne jest wyróżnianie się jakością pośród ogólnie panującej bylejakości. Wygrywają ci, którzy pokazują się z jak najlepszej strony i niczego nie oczekują w zamian. Oklejanie aut firmowych jest wyrazem takiego podejścia pracodawcy do klientów i dlatego cieszy się zaufaniem zarówno reklamodawców jak i odbiorców reklamy. Jak oklejać, żeby działało? Oklejanie aut nie może być dziełem osoby niewykwalifikowanej – aby car wrap był skuteczny i profesjonalny, należy zgłosić się do odpowiedniego studia motoryzacyjnego, takiego jak wymieniony wcześniej ArtGraf Cars. Wizyta w takim miejscu zapewni każdemu przedsiębiorcy kompleksowe podejście do tematu aplikatorów, którzy najczęściej są też fanami i miłośnikami motoryzacji. Jedyne, co musisz zrobić, to przedstawić jakiś ogólny pomysł, a aplikatorzy stworzą projekt i dopasują go do potrzeb Twojej firmy. Można im całkowicie zaufać, gdyż zajmują się oklejaniem aut na co dzień. Samodzielne próby car wrappingu nie mogą skończyć się dobrze – to zadanie wymaga precyzji, doświadczenia i odpowiedniego sprzętu. Jeżeli jesteś właścicielem firmy i posiadasz flotę albo nawet jedno czy dwa auta służbowe, to zmiana jego koloru przy pomocy folii samochodowych będzie znakomitym rozwiązaniem. Nie tylko Twoje samochody będą wyglądały dynamicznie i świetnie się prezentowały na drodze, ale zyskasz także szacunek swoich klientów.

  • W mediach nie słychać głosu młodych osób

    W mediach publicznych brakuje głosu młodych osób – uważa Krzysztof Skowroński, prezes Radia Wnet i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który w konkursie na prezesa Telewizji Polskiej przedstawił ideę TVP27 – kanału robionego dla młodych i przez młodych. Z powodu braku programów adresowanych do młodych widzów tradycyjne medium przegrywa z internetem. – TVP27, idea, którą przedstawiłem podczas konkursu na prezesa telewizji publicznej, to kanał, w którym można występować tylko do 27 roku życia. Robiony przez młodych ludzi, ale kanał ambitny. Byłyby w nim wiadomości, filmy dokumentalne, normalne programy, ale to, czego chcą młodzi ludzie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Skowroński, prezes Radia Wnet i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Telewizja już nie jest oknem na świat dla młodych ludzi. Z raportu Reuters Institute for the Study of Journalism (RISJ) wynika, że głównym źródłem newsów stają się media społecznościowe, w Polsce wskazało je 82 proc. Wśród najmłodszych (18–24 lata) telewizja przegrywa z internetem i mediami społecznościowymi. Im starsze osoby, tym bardziej związane są z telewizją. Wśród osób 45+ najważniejszym dostarczycielem informacji są kanały telewizyjne. – Kanał TVP27 miałby być na styku mediów normalnych, konwencjonalnych i internetu. To sposób otwarcia telewizji publicznej na to, co się tak naprawdę dzieje, na życie. Wszyscy widzimy młodych ludzi, którzy po uniwersytetach pracują w restauracjach, kawiarniach, w korporacjach, są niezadowoleni, bo chcą od życia więcej. Telewizja publiczna, przynajmniej dla części z nich, powinna otworzyć drzwi – ocenia Skowroński. W mediach nie słychać głosu młodych ludzi, nie jest przedstawiany ich punkt widzenia. Kanał, którego utworzenie postuluje prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, miałby być poważnym medium, bardziej w stylu poważnej dysputy o tym, co zajmuje młodych, niż np. MTV.

  • Zasady skutecznego marketingu treści

    Marketing treści, czyli content marketing, może być stosowany przez niemal każdego przedsiębiorcę w swoich internetowych działaniach promocyjnych, co rodzi to dwie konsekwencje: po pierwsze, jego uniwersalność sprawia, że jest on narzędziem bardzo popularnym. Obecnie spotyka się go niemal wszędzie. Po drugie jednak, duża część tych wysiłków jest słabej jakości i nie przynosi wymiernych rezultatów. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka, a jednym z nich (być może najważniejszym) jest nieprzestrzeganie pewnych podstawowych zasad content marketingu. O czym konkretnie mowa? Regularność Podstawowy błąd firm, które content marketing traktują jako „przygodę”. Treści contentowe muszą być bowiem publikowane w regularnych odstępach czasowych, żeby angażować odbiorców. Owe zaangażowanie jest jednym z najważniejszych celów marketingu treści, a żeby go osiągnąć nie można robić długich przerw w publikowaniu tekstów. Jeżeli dane przedsiębiorstwo dociera do nas z jakimiś tekstami regularnie, to nawet jeżeli nie przeczytamy nic z tego, będziemy mieli w świadomości aktywność tej firmy i fakt jej istnienia. Innymi słowy nie pozwoli nam o sobie zapomnieć, a o to przecież chodzi w marketingu. Gdy jednak będzie publikowała niewiele i to jeszcze nieregularnie, to po prostu o niej zapomnimy. Czasami lepiej nie pisać niczego, niż napisać coś „od wielkiego dzwonu”. Regularność to podstawa, gdyż budzi zaufanie wśród odbiorców! Jakość Oprócz tego, że teksty mają pojawiać się często, to jeszcze muszą coś wnosić do przestrzeni internetowej. Nie mogą być o czymkolwiek, byle tylko były – jest to zwykła strata czasu, której wynikiem może być jedynie frustracja brakiem wyników. Teksty contentowe muszą być wartościowe i edukujące czytelnika. Po przeczytaniu np. artykułu sponsorowanego horyzonty myślowe czytelnika muszą się zwiększyć, zatem naprawdę musi być to wysokiej jakości materiał. Niestety, realia są różne i bardzo często do tematu wartości treści podchodzi się bardzo powierzchownie. Aby wystrzec się tego błędu należy zainwestować w odpowiednią kadrę copywriterską, albo zatrudnić zdalnie profesjonalnego redaktora. Musi on oczywiście znać się na rzeczy, albo chociaż zostać dedukowany poprzez materiały zewnętrzne. Przystępność Jeżeli teksty publikowane są często, a ich wartość merytoryczna jest wysoka, to jedyne, czego im brakuje, to właśnie przystępność. Można to nazwać „lekkim piórem”, ale chodzi po prostu o to, żeby tekst dobrze się czytało. Wymaga to umiejętności z pogranicza dziennikarstwa i marketingu. Warsztat redakcyjny jest bardzo istotny, ale równie ważny jest to marketingowe podejście, spełniające oczekiwania klienta XXI wieku. Świetnie jeśli do tekstów wplatane są filmy, zdjęcia i infografiki, ale nie tylko – memy stały się już tak powszechnym sposobem przekazywania emocji, że można po nie sięgnąć nawet w „nudnych” branżach. Przede wszystkim jednak sam tekst powinien być czytelny – tylko w ten sposób sprawimy, że czytelnik będzie chciał do niego wrócić.

  • Internauci czytają coraz więcej książek

    Od stycznia do końca września 2016 roku w mediach społecznościowych pojawiło się 58 tys. deklaracji o trwających, planowanych lub przeczytanych książkach. To ponad dwa razy więcej niż w tym samym okresie 2014 roku – wynika z badań IMM. Przyczynia się to do promocji czytelnictwa. Publikacje internautów mogły zostać wyświetlone przez innych potencjalnych czytelników 44 mln razy. Najchętniej czytamy w domu, częściej w łóżku niż w fotelu, a niezbędnym dodatkiem do lektury jest kawa. – Z najnowszego badania IMM wynika, że w ciągu dwóch ostatnich lat deklaracje czytelnictwa w mediach społecznościowych wzrosły aż dwukrotnie. Takich publikacji od stycznia do września 2016 roku było 58 tys. – mówi agencji Newseria Biznes Monika Tomsia, PR manager w IMM. Z danych IMM wynika, że w 2014 roku od stycznia do września pojawiło się 25 tys. deklaracji czytelnictwa. W tym samym okresie 2015 roku było ich 49 tys. Użytkownicy social mediów nie tylko coraz częściej deklarują, że czytają, lecz także przyczyniają się do promocji czytelnictwa, docierając coraz szerzej ze swoim literackim komunikatem. – Wszystkie publikacje, które ukazały się w tym roku, mogły zostać wyświetlone aż 44 mln razy przez potencjalnych czytelników, co jest szczególnie istotne ze względu na ideę szerzenia czytelnictwa w Polsce. Co istotne, wszystkie publikacje spotykają się z pozytywnymi reakcjami innych internautów wyrażanymi przede wszystkim przez polubienia, które stanowiły 60 proc. wszystkich interakcji – podkreśla ekspertka IMM. Nie ma złej pory na czytanie książek, jednak internauci najchętniej zajmują się ulubioną lekturą o poranku (5,5 tys. wzmianek) i wieczorem (5,3 tys.). Nieco mniej jest nocnych marków, którzy pochwalili się w social mediach, że czytają w nocy (2,6 tys. wzmianek). Najmniej okazji do czytania pojawia się po południu (500 informacji). – Najchętniej czytamy w domowym zaciszu. Słowo „dom” pojawiło się w 60 proc. wszystkich publikacji związanych z najdogodniejszą lokalizacją na oddanie się lekturze – wskazuje Monika Tomsia. Książka kojarzy się internautom z wypoczynkiem. Może właśnie dlatego to łóżko (2,7 tys. wzmianek) jest wskazywane jako najwygodniejsze miejsce do czytania. Nieco rzadziej czytelnicy zasiadają w fotelu (1 tys. wzmianek) i na kanapie (800 informacji), a amatorzy relaksującej kąpieli z książką opisali swoje zwyczaje ok. 500 razy. – Na drugim miejscu wśród dogodnych lokalizacji do czytania, z 30-proc. udziałem, znalazły się środki transportu jak metro, pociąg, tramwaj, na kolejnych pozycjach kawiarnie i parki – wymienia przedstawicielka IMM. Kawiarnia i park mają tylko po 5 proc. udziału, ale sama kawa pojawiała się we wpisach social mediowych znacznie częściej (2,8 tys. razy) jako niezbędny dodatek do książki. Takie połączenie wpisuje się w strategię marketingową wielu kawiarni połączonych z księgarnią lub czytelnią. – Informacje, które można znaleźć w social mediach na temat czytelników, mogą być bardzo przydatne wydawcom do planowania ich komunikacji względem czytelników, aby jak najlepiej dostosować swoją ofertę do potrzeb potencjalnych klientów – podkreśla Tomsia. Wytrwali czytelnicy ulubioną lekturę zabierają ze sobą na wyjazdy w góry czy nad wodę. Obie lokalizacje zostały wspomniane po 1,3 tys. razy. – Literaturze towarzyszą też dwie inne sztuki – film i muzyka. Film najczęściej pojawia się w kontekście ekranizacji książki i oceny ze strony internautów, czy to lepsza wersja od oryginału. Muzyka z kolei pojawia się bardziej w formie akompaniamentu do książki – podkreśla Monika Tomsia.

  • Polecane przez The Business Times:
  • Polecane przez The Business Times:
GIEŁDA

Pomysł Na Biznes

Jeśli chcesz, żeby biznes nie krył przed Tobą tajemnic warto na tym forum wymieniać się poglądami.

Biznes Plan

Biznesplany różnych firm, przykładowy biznes plan, gotowy biznes plan.

Inwestowanie

Giełda Papierów Wartościowych, Forex, Fundusze Inwestycyjne, Złoto i Surowce.
KURSY WALUT
Agencja Marketingowa
© Times Press sp. z o.o. 2014 | Version 3.0.01.2014
Registered in Poland Registered office: Piastowska 46 lok.1, Jelcz-Laskowice, 55-220




www.BusinessTimes.pl nie ponosi odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zamieszczonych w serwisie,
ani za szkody poniesione w wyniku decyzji inwestycyjnych podjętych na podstawie treści, które zawiera www.BusinessTimes.pl.